3 mar 2017

JESTEM...

Zdmuchuję pajęczyny  z bloga. Czekam na wiosnę, bo być może ona zasadzi mi solidnego kopa i ocknę się z zimowego letargu.
Ostatnie tygodnie spędziłam radośnie, w zgodzie z samą sobą.
Jedyną rzeczą, która nie cieszy się zbyt wielką moją atencją jest właśnie to miejsce w sieci. Pracowałam nad jego stworzeniem długo i ciężko więc jeszcze walczę o utrzymania go w dobrym zdrowiu i kondycji.
Ale czy mi się to uda?? - Zobaczymy!!!


SHARE:

23 wrz 2016

PERFECT HOUSE - KOSMETYKI PIELĘGNACYJNE DO DOMU- KONKURS

EDIT :

Zestaw kosmetyków do pielęgnacji domu wygrywa :

KARMELOWA 

Proszę o kontakt w ciągu siedmiu dni. W przypadku braku odzewu, po siedmiu dniach wybiorę nowego zwycięzcę.


Moja wczesna młodość przypadała na połowę lat 80.
W sklepach półki straszyły pustkami ...tylko wystawy PEWEX-ów,  gdzie można było nabyć towary za dewizy kusiły ferią kolorów i mnogością asortymentu. Z nosem przyklejonym do szyby, wraz z rówieśnikami snuliśmy marzenia o posiadaniu choćby jednej czerwonej puszki Coca Coli, która była dla nas synonimem trwającej niemal bez końca radości (radość z zakupu, radość z picia, radość z posiadania niebanalnego, wnętrzarskiego gadżetu).
 Największą niesprawiedliwością na miarę dziecięcego systemu wartości było to, że aby posmakować drażetek orzechowych musiałam stać z Mamą w ogonku  gigantycznej kolejki do osiedlowego sklepu z asortymentem wszelkim( sklep zwany był przez wszystkich "SPORCIAKIEM").
Co robi kilkuletnie  dziecko w długiej kolejce?? Ono się nudzi!!! Kiedy poziom nudy osiągał stan krytyczny błądziłam wzrokiem po ograniczonym asortymencie sklepowym. Podczas jednej z takich aktywności,  na półkach działu kosmetycznego odkryłam linię kosmetyków MISS w perłowych: niebieskich i różowych opakowaniach...cudownie kolorową odmianę wśród szaro nieciekawych innych produktów...lekki powiew Zachodu...Dziecięcymi oczyma badałam rysunek z papugą i usiłowałam odczytać napis tuż pod nią, składając niemrawo literki w słowo: B...A...R...W...A.
Od tego czasu minęło ponad 30 lat ...kilka lat temu udało mi się znów trafić na logo z papugą w małym sklepie przy ulicy, na której mieszkam.. Logo w nieco odmienionej formie ale nadal te literki, które już dużo sprawniej złożyłam w słowo i nadal wyróżniające się opakowania...albo przezroczyste albo brązowe, plastikowe butelki  z bardzo oszczędną, strawną estetycznie  etykietą.  Z czystego sentymentu dla dziecięcego wspomnienia wrzuciłam do koszyka: aloesowe mydło do rąk, szampon rumiankowy  i masło do ciała...nie robiąc sobie wielkiej nadziei co do jakości produktu. I co? Jakością produkty nie odbiegają od tych, za którymi stoją gigantyczne kampanie reklamowe zachodnich koncernów.


 Produkty pielęgnacyjne do ciała  BARWY są ze mną już drugi rok, a ja chcąc nie chcąc uprawiam patriotyzm lokalny kupując produkt nie tylko z POLSKI ale przede wszystkim z Krakowa, którego jestem mieszkanką od urodzenia.

 Od niedawna BARWA daje mi możliwość kompleksowego zadbania także o dom. To właśnie z myślą o domu powstała linia kosmetyków: PERFECT HOUSE.


Kosmetyki dla domu to linia 8 produktów dedykowanych do różnych powierzchni:

* LEATHER - wyczyście meble skórzane, tapicerkę samochodową, skaj i ekoskórę


*FLOOR - do podłóg z płytek ceramicznych, gresu i PCV
 *BATHROOM -kompleksowo zadba o łazienkę; o: płytki, fugi, , powierzchnie ceramiczne, plastikowe i akrylowe


*WOODEN FLOOR - do parkietów i powierzchni drewnopodobnych


*FURNITURE - do mebli drewnianych i z laminatu


 *GLASS - do powierzchni szklanych


*KITCHEN - pomoże wysprzątać wszelkie powierzchnie kuchenne: zlewozmywaki, piekarniki, płyty indukcyjne i ceramiczne
*DISCHES - do naczyń, przypalonych garnków i patelni


Ponieważ jestem wzrokowcem niezwykle istotne jest dla mnie opakowanie...te są wyjątkowo ładne. Brązowa półprzezroczysta płaszczyzna z solidnego plastiku,z białą zakrętką pięknie wpasuje się w wystrój niejednej kuchni i łazienki. Nareszcie nie będzie trzeba upychać środków po szafkach ( Ja tak robiłam! Nic mi tak nie potrafi zepsuć odczuć estetycznych i odbioru pomieszczenia jak wzrokowo drażniący detal). Wzornictwo BARWY nie ustępuje skandynawskim produktom tego typu.

A te zapachy!!! Po raz pierwszy od wielu tygodni, ba  zaryzykuję stwierdzenie, że od wielu lat nie czułam się podczas sprzątania jak w perfumerii Sephora, gdzie od intensywności zapachów, zaraz od wejścia, kręci mi się w głowie. Nie oznacza to jednak, że Produkty BARWY są bezzapachowe. One pachną !!! ale nie na tyle intensywnie, że zaraz po otwarciu butelki miałabym ochotę uciekać gdzie pieprz rośnie. Są miłe dla nosa i nieduszące co w moim przypadku zdecydowanie poprawiło komfort sprzątania.

Jestem z tych co czytają etykiety. W sferze moich zainteresowań jest nie tylko skład każdego produktu ale także wszelkie informacje dodatkowe, które chłonę jak gąbka. Na opakowaniach testowanych produktów rzuciły mi się w oczy: "RADY DLA NADGORLIWYCH".
Cóż to takiego?? Czy zdarza Wam się czasami ulec przeświadczeniu, że im więcej preparatu wlejecie do wody tym podłoga będzie czystsza i bardziej lśniąca, a uzyskujecie efekt odmienny do pożądanego??
Mam i  ja te grzeszki na swoim kobiecym  sumieniu!!!
Producent przypomina wszystkim Nieperfekcyjnym, że nadmiar środków czyszczących jest niewskazany, a nawet niepożądany...chyba, że z bezustannego sprzątania czerpiemy dziką, ekstatyczną przyjemność (UWIERZCIE ZNAM TAKICH ;-)).

Oczywiście pierwsze wrażenie jest niezwykle ważne. Może oczarować mnie opakowanie, bo przecież "je się oczyma" i to sprawia, że  podejmuję niemal natychmiastową decyzję o zakupie. Jednak tylko jakość jest tym, co sprawia, że produkty zostają z nami na dłużej. W  ostatecznym rozrachunku ZAWSZE stawiam na wnętrze. Cóż z tego, że produkt fajnie wygląda na kuchennej półce , jeśli jest kompletnie "do bani", a ja podczas sprzątania tracę siły, zapał i chęci do pracy??
Kilka godzin z sobotniego popołudnia  spędziłam na sprzątaniu domu na wsi.
Myłam okna , "gary", drewniane podłogi, płytki w łazience, czyściłam zlewozmywaki, baterie, brodzik i kabinę prysznicową. 
Cały dom lśni czystością: ze zlewu udało się usunąć brzydkie żółte zacieki, a z drewnianej podłogi zaschnięte ślady po gruncie do ścian - zwykle zeskrobywałam je z powierzchni nożem, a tym razem nie musiałam tego robić.
Kosmetyki sprawdziły się doskonale na każdej testowanej powierzchni. Mogę śmiało powiedzieć,
że wiele z nich ujrzałam we właściwych BARWA-ch.
Jeśli Was nie przekonałam lub po prostu chcielibyście sprawdzić działanie kosmetyków "na własnym domu" 
zapraszam Was do zabawy, w której nagrodą są produkty PERFECT HOUSE.


REGULAMIN KONKURSU:
1. ZABAWA trwa do 5 października do północy
2. Napisz, że bawisz się z nami w komentarzu pod postem.
3. Jeśli posiadasz bloga zabierz umieść banner na swoim blogu, a jeśli nie posiadasz pozostaw swój adres mailowy w celu identyfikacji.
4. Wysyłka nagrody na terenie Polski
5. Ogłoszenie wyników nastąpi 7 października 2016.

POWODZENIA!
Miłego dnia i wspaniałego weekendu.

OLA 



SHARE:

25 sie 2015

WYPRAWKA DLA TRZECIOKLASISTY

Rozpoczęcie roku szkolnego zbliża się wielkimi krokami.
Chociaż to będzie trzeci rok Franka w szkole to wraz z upływem wakacji wzrasta u mnie poziom stresu.
 F. nie sprawia kłopotów wychowawczych i radzi sobie w szkole świetnie
nie mogę jednak pozbyć się wrażenie, że w nadchodzącym roku coś pójdzie nie tak.
Zresztą co roku mam te same obawy ;-).
Tak mnie pochłaniają te szkolne przygotowania, że cały sierpień blog leży odłogiem.
Dzisiaj także nic wnętrzarskiego nie mam Wam do zaproponowania więc jeśli ktoś spragniony tylko takich klimatów dzisiejszy post w żadnym stopniu go nie zadowoli.
Ale na osłodę zamieszczam zdjęcie pokoju Franka z czarnym kaloryferem, o którym zapomniałam w TYM poście...o tak to teraz wygląda...


Kilka dni temu skompletowaliśmy szkolną wyprawkę.
Kupujemy absolutne minimum.
Teraz nie robimy zapasów ( chociaż przy pierwszej wyprawce popełniliśmy taki błąd),a jeśli już jest to racjonalna, nadprogramowa ilość.
Po pierwsze dlatego, że kiedy w sklepie wszystko jest na wyciągnięcie ręki nie ma sensu tego robić.
I też dlatego, że u nas zapasowe zeszyty zwykle zamieniały się w brudnopisy z zapisanymi pojedynczymi kartkami,
a zapasowe gumki i ołówki  niezwykle często gubią.
Kiedy F. chowa rzeczy tak, żeby było wiadomo gdzie są to możecie być pewni, że za jakiś czas nikt ich nie znajdzie...nawet on sam.
W ten sposób w zeszłym roku ciągle kupowaliśmy naboje do pióra ;-).

Warto zainwestować w dobrej jakości wyposażenie piórnika.
W sklepach można kupić pióra wieczne już od 6 zł - z  własnego doświadczenia wiemy, że nie są one najlepszej jakości - stalówki szybko się krzywią, a i sama jakość wykonania nie jest najlepsza.
My korzystamy z pióra marki Herlitz: My pen, które ma ergonomiczny kształt i jest niezwykle wygodne dla małych rączek...za takie trzeba zapłacić od 19 do 28 zł, a za te z limitowanej serii około 40 zł.


Dobrej jakości ołówki i kredki też są niezbędne. Tańsze produkty często mają połamane grafity, czego nie można stwierdzić naocznie. Przeżywałam raz koszmar strugania takich kredek więc doskonale wiem o czym piszę.
Nie życzę nikomu.
Medal dla tego, kto na rysunku dojrzy YODĘ ;-)



Przeróżne firmy kuszą piórnikami z wyposażeniem...my jednak nie zdecydowaliśmy się na wybór takiego piórnika. Mamy klasyczną saszetkę, zasuwaną na zamek. Postawiliśmy tym samym na wygodę. Franek z łatwością wyciąga z niej przybory nie tracąc czasu na umieszczanie ich w gumeczkach wewnętrznego segregatora.
Taki piórnik wybraliśmy przy kompletowaniu pierwszej wyprawki,
a i teraz Franek nie chciał nic innego.
Piórniki z wyposażeniem mają według mnie jeszcze jeden feler.
To "wyposażenie" często bywa wątpliwej jakości.

Każdy z rodziców kiedy jego pociecha idzie do szkoły staje przed wyborem odpowiedniego tornistra lub plecaka dla swojego dziecka.
My zainwestowaliśmy w tornister Hama marki Step by step - koszt tornistra około 280 zł (można kupić go w zestawie z gadżetami szkolnymi( mi. piórnik z wyposażeniem, piórnik saszetka, worek, portfel))...cena może wydawać się wygórowana ale uważam, że jest to produkt warty każdej wydanej złotówki.
Franek będzie w nim nosił książki trzeci rok, a tornister nadal jest w bardzo dobrym stanie.
Całość wykonana jest z materiału, który można ławo czyścić.
Kiedy mamy do czynienie z pierwszoklasistą wszystko może się zdarzyć.
Nasz siedmiolatek przyniósł raz w tornistrze buraczki z obiadu...myślał, że w zamkniętym plastikowym opakowaniu. Jak się jednak okazało było zupełnie inaczej.
Buraczki zostawiły "krwawy" ślad na zeszytach, książkach i oczywiście na całym wnętrzu plecaka. Plamy zeszły po przetarciu materiału czystą wodą.
Uwielbiam te genialne zamki, dużą ilość kieszonek, odblaski, wzmocnione plecy i szelki...mogłabym wyliczać zalety.




 Pewnie za rok zdecydujemy się sprzedać tornister na aukcji internetowej,
a ponieważ tornistry te cieszą się dużym powodzeniem ( także używane) odzyskamy część zainwestowanej kwoty.
Jedyne do czego mogę się przyczepić to waga tornistra.
Jest nieco cięższy niż popularne modele Herlitz -
co przy wadze książek, zeszytów, piórnika i wszystkich rzeczy, które dziecko musi codziennie nosić ma niebagatelne znaczenie.
Franek jest drobnym chłopcem więc ten tornister tak naprawdę był na niego "dobry" dopiero w połowie pierwszej klasy. 

W ciągu roku korzystamy z pakietu książek TROPICIELE.
Podoba mi się w nich to, że książka podzielona jest na pięć części, każda z części do przerobienia w dwa miesiące. Dzięki temu zamiast jednego opasłego tomiska dziecko może do szkoły zabierać cieniutkie zeszyty.

 
Wszystkie książki i zeszyty warto oprawić i opisać.
Maluchy bywają bardzo roztargnione, nie raz znajdowałam rzeczy F. w wielu miejscach szkoły.
Zdarzyło się także, że starszy kolega przyniósł Frankowi kilka rzeczy tylko dlatego, że wiedział do kogo należą.
Opisywanie książek i zeszytów to była dla Franka wspaniała zabawa. Kiedy raz po raz musiał poprawiać klasę z 
2B na 3B śmialiśmy się do rozpuku ;-).

Nie lubię szkoły...nigdy za nią nie przepadałam i chociaż nie muszę już do niej chodzić to moje uczucia względem niej od lat pozostają niezmienne.
Wiem, że z Frankiem jest inaczej, że lubi spędzać czas w szkole i bardzo się cieszy na wrzesień.
Zobaczy swoją panią, kolegów, będzie się świetnie bawił na świetlicy i wracał uśmiechnięty do domu.
We  tym wrześniu i ja pokładam nadzieję.
Mam nadzieję, że uda mi się wrócić na właściwe tory i wygospodarować czas także na moje drugie dziecko ;-), a mianowicie na blog.
Czy i Was pochłaniają szkolne przygotowania ??

OLA


SHARE:

23 mar 2015

SPRING IS IN THE AIR

No dobrze i ja uległam.
Do naszego czarno białego salonu wprowadziłam kolor, a właściwie odrobinkę.
Nowa poduszka, taśma washi, kwiaty, wykonane z papieru króliki i jestem gotowa na wiosnę i przy okazji na święta.
Czaruję wnętrze za pomocą sprawdzonych sposobów.




Z taśmy washi wykleiłam na ścianie  wielkanocnego królika origami ( podobnie postąpiłam zimą kiedy potrzebny był mi rogacz na ścianie), który pewnie zniknie zaraz po świętach.
Własnoręcznie wystemplowana poducha - to mój sposób na unikatowe tekstylia .
Kwiaty są zawsze niezastąpionym elementem mojego mieszkania.
A króliki z papieru to z pewnością dekoracja na zrobienie której warto poświęcić
5 minut ;-).
Za mniej niż 15 zł zrobiłam sobie nową poduszkę, kto zagląda tutaj od jakiegoś czasu zna doskonale mój sposób na "ziemniaka".
Za kilkanaście złotych wykonałam ozdoby wielkanocne, a część z nich swobodnie wystarczy na początek wiosny.
 Poszewka i ozdoby są w kolorze dla mnie co najmniej dyskusyjnym.
Różowy !!!
Nic nie poradzę, że tak szalenie spodobał mi się wiosną, 
ale czy moja nim fascynacja potrwa dłużej niż miesiąc??
W tej chwili nie mogę na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie.
Więc jeśli moje uczucie gwałtownie osłabnie
ze względu na poniesione inwestycje
nie będzie szkoda się różowych dekoracji pozbyć.





Zachęcam Was do zrobienia królika razem ze mną ;-).
Do jego wykonania potrzebujemy kartki o boku 20 cm i troszkę cierpliwości, nie zrażajcie się jeśli nie wyjdzie za pierwszym razem ja do swojego miałam trzy "podejścia".
Uśmiałam się wczoraj serdecznie kiedy zobaczyłam post IZY TUTAJ.
To dowód na to, że wszystkie blogerki wnętrzarskie nadają na tych samych falach ;-).
Tak więc możecie zamiast jednego królika zrobić dwa  różne ;-).






 Naszą robótkę zginamy na pół, aż do uzyskania kształtu ze zdjęcia poniżej.



 Ramię, które na rysunku znaczy początek strzałki zaginamy do góry w kierunku wskazanym przez grot.


Zaginamy wzdłuż linii do środka. Czynność powtarzamy po obu stronach królika - w ten sposób powstają uszy.



Według mnie to najtrudniejsza część całego przedsięwzięcia. Wkładamy palce do "kieszonki",
a następnie w sposób pokazany na zdjęciu poniżej wywijany papier do tyłu.


Pilnujemy aby podczas "wywijania"papieru u góry powstał trójkąt - to głowa naszego królika.


Zapomniałam jeszcze o zdjęcia, które ilustruje modelowanie pyszczka...wystarczy jednak zagiąć ostry szpic wystającego trójkąta do środka.


Robimy ogonek - zaginając kawałek konstrukcji w sposób pokazany na zdjęciu.


A oto króliki w całej okazałości.
Ja zrobiłam dwa króliki różnej wielkości, z papierów w podobnych odcieniach ale różnych wzorach.
I w tym przypadku wykorzystałam sprawdzony wcześniej trik.





W Krakowie pierwszy dzień wiosny był ciepły i słoneczny,
wczoraj było zimno i brzydko, dzisiaj znów słońce.
Mamy marzec więc pogodowy misz masz jest jak najbardziej na miejscu.
Z niecierpliwością czekam teraz, żeby pogoda się ustabilizowała 
i żebyśmy wreszcie mogli "uruchomić" nasz dom na wsi.
Udanego tygodnia dla Was.

OLA



 





SHARE:

10 mar 2015

CONFESSION

Ten, kto bloga prowadzi doskonale wie, że jego "ogarnięcie" pochłania gigantyczną ilość czasu.
Pracuję zawodowo od 9 do 17. Wracam do domu, w którym czeka na mnie stęsknione dziecko. 
Czas dla Franka jest święty - nie mogę z niego zrezygnować i nawet nie chcę.
Lubię te chwile spędzane razem: wspólne odrabianie lekcji, wspólne zabawy, czytanie, przekomarzanie się, wspólne rozmowy o problemach.
Godziny szybko mijają, o 19 jest czas na kolację, potem krótka bajka w telewizji( mogę wtedy odwiedzić inne blogi i czasem nawet udaje mi się zostawić na nich ślad), mycie, ostatnie czytanie w łóżku i po 21 Franek jest u "siebie".
Wtedy jest mój czas.
Ale najczęściej o tej porze jestem już tak zmęczona, 
że gdybym pozwoliła sobie minutę dłużej zagawędzić w przedpokoju najpewniej tam właśnie bym zasnęła.
Ostatnio nawet nie jestem w stanie przeczytać jednego akapitu tekstu, 
bo oczy się kleją i odpływam i właśnie z książką na twarzy znajduje mnie mąż.
(ciągle wierzę, że "Władca Pierścieni" mnie nie pokona;-))

W ciągu tygodnia planuję posty.
Podporządkowuję weekendy prowadzeniu bloga.
Robię zdjęcia, przygotowywuję teksty
Z około 30-50 zdjęć zrobionych do jednego posta wybieram około 10.
Nie jestem zawodowym fotografem - uczę się, 
a każda nauka wymaga czasu. 
Bywa i tak, że aby pogodzić sprzątanie, gotowanie, blogowanie
biegam po domu w amoku: upycham chleb do lodówki, do pralki wlewam szampon
i pomiędzy kolejnymi czynnościami pokrzykuję: "syf, wszędzie syf".
 Zapędziłam się w swoich pasjach i coraz trudniej mi pogodzić życie prywatne
z obecnością w blogosferze. 
Bo chciałabym więcej, doskonalej i bardziej rzetelnie.

Na brak weny nie narzekam, raczej zła jestem czasem na jej nadmiar, 
bo często wystarczy jedno zdjęcie aby zrodziła się we mnie chęć 
na zmianę wystroju całego mieszkania.
Dobrze, że mam Męża, który czasem kiedy za bardzo się zapędzę
zmusza mnie do wyhamowywania, 
odmawia uczestniczenia w kolejnych domowych rewolucjach.
Czasem nie chcę być kobietą.
Nie chcę się szybciej  męczyć i nie mieć siły na przebicie ściany z kuchni do pokoju.
Kolejny mój pomysł nie doczeka się realizacji tylko z powodu posiadanej płci.
Opanowuje mnie złość, która daje mi siłę.
I sama maluję, sama szpachluję, sama szlifuję.
Ręce mam do kolan,  ledwo podnoszę do ust herbatę umęczoną dłonią
ale konsekwentnie działam wbrew wszystkiemu.
I kiedy mąż widząc moją mękę "mięknie" i
proponuje mi pomoc to z satysfakcją wbrew instynktowi samozachowawczemu ją odrzucam.
Bo we mnie jest moc i power i świetnie daję sobie radę
SAMA, SAMA, SAMA.

 Lubię myśleć, że jestem perfekcjonistką.
W rzeczywistości jednak często wypadam z najważniejszych życiowych ról..
Nie daję rady być jednocześnie: matką, żoną i blogerką.
Jeśli jedna dziedzina życia bierze górę inne muszą ucierpieć.
A ja nie chcę, żeby cierpiała Rodzina.
Nie miejcie mi więc za złe, że często znikam.
 Robię to także dla higieny własnego umysłu, 
żeby się nie "wypalić", żeby pisać z pasją, 
a nie z obowiązku.
Z jednej strony blog jest dla mnie stresogenny
(stresuję się, że zawiodę swoich czytelników)
ale wracam tutaj ciągle 
 bo  jest dla mnie też swoistą terapią.
Kiedy chmury przeszłości gromadzą się nad moją głową 
i szczelnie przykrywają całą radość dnia codziennego
tutaj przeganiam swoje demony.
Blog zrodził się z wyniszczającego smutku, 
a z biegiem czasu stał się źródłem uskrzydlającej radości.
 W równym stopniu kocham go i nienawidzę.

Post powstał z potrzeby chwili.
Życzę Wam udanego popołudnia

OLA

I na koniec "odgrzewane" zdjęcie z mojego miejsca na świecie


SHARE:

12 sty 2015

LAZY DAYS

 Staram się nie wierzyć powiedzeniu
"Jaki Nowy Rok taki cały rok".
W przeciwnym razie byłabym mocno zaniepokojona.
Wraz z nadejściem 2015 roku wszystkiego mi się odechciało.
Pracować mi się nie chce, sprzątać mi się nie chce, prowadzić bloga
( co zresztą widać po dacie kiedy zamieszczam pierwszego posta) mi się nie chce.
Ryczeć mi się tylko chce i użalać nad sobą.
Z pewnością nie tak sobie wyobrażałam pierwsze dni nowego roku.
Ogłaszam więc wszem i wobec: energia pilnie poszukiwana.
Za każdą cenę i w każdej ilości.
Jeśli cierpicie na jej nadmiar to szybko mi ją podsyłajcie, bo moja na wyczerpaniu.
Muszę się jakoś zmobilizować i wrócić na jedyne słuszne
także i blogowe tory.

O wszystko winię Święta...one mnie tak rozleniwiły.
Ponieważ miałam mnóstwo czasu i robiłam wszystko o czym dotychczas mogłam tylko pomarzyć
(leżałam, leżałam i czytałam ) -
mój organizm przeżył szok kiedy trzeba się było z tego stanu otrząsnąć i skupić
na codziennych obowiązkach. 
Skoro winą obarczyłam świąteczny czas pozbyłam się już  z domu już większości świątecznych dekoracji.
Panna zielona wylądowała na śmietniku,
a trzeba Wam wiedzieć,
że była już niemal całkowicie łysa ;-).
Nic lepszego chyba nie mogłam zrobić, 
bo kiedy nie patrzę już na ten obraz "nędzy i rozpaczy"
znacznie mi lepiej.
A ponieważ uważam, że choinka
to całkiem ładny zimowy motyw
zielone drzewko zastąpiłam takim wyciętym z kawałka drewna. 
Nie wiem jak długo postoi,
bo zimy u nas tyle co na lekarstwo -
więc wkrótce może okazać się,
że ta drewniana choinka to dekoracja całkiem ładna
ale zupełnie nie na miejscu.





Mam nadzieję, że kalendarz, który kupiłam, 
a właściwie jego kolor 
nie jest zwiastunem
nadchodzących "czarnych" dni ;-).
Jeśli tak to przyjdzie mi się chyba wkrótce pochlastać ;-).



I chociaż jego stylistyka bardzo mi odpowiada, 
to teraz myślę, że jednak mógłby być biały.
W białej wersji kolorystycznej też występował.
Wygrała jednak moja totalna i bezwarunkowa miłość do czerni. 
I może kiedy mój humor się poprawi i "chęci do życia" wrócą jego barwa wcale nie będzie mi przeszkadzać ;-).
To już kolejny produkt z firmy SNUG.STUDIO w naszym dom.

Mam na nowy rok malutkie postanowienie, 
o którym tutaj jeszcze nie wspominałam ;-).
A mianowicie kompletuję sobie zestaw filiżanek z wałbrzyskiej manufaktury Krzysztof - Kristoff
Urzekły mnie te graficzne wzory...są bardzo MOJE. 
Tak więc jeśli mojego bloga czyta jakiś Dobry Duszek( o Tobie Mężu myślę ;-))
to niechaj wie, że brakuje mi trzech sztuk i z chęcią takowe przygarnę ;-).
A jeśli ten Dobry Duszek ma inny pomysł na mój 
urodzinowy prezent 
to niech wie, że  i tak te filiżanki zagoszczą wkrótce w naszym domu ;-).



Mam nadzieję, że napisanie następnego posta nie zajmie mi następnych dwóch tygodni ;-).
Bez względu na to jak będzie to  dzisiaj życzę Wam cudownego poniedziałku i dobrego tygodnia.

OLA
SHARE:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
© O Zebrze - blog lifestylowy - wnętrza, inspiracje, DIY. All rights reserved.
BLOGGER TEMPLATE DESIGNED BY pipdig