Pokój mojego Synka na wsi jak cały dom musiał
wreszcie przejść metamorfozę.
Na wiosnę myślałam, że pokój jest skończony...
jakoś nie przeszkadzały w nim dekoracje kojarzące się z dzieciństwem,
przywiezione z pokoju w mieście
(znacie to pewnie z autopsji: jak szkoda coś wyrzucić to to coś ląduje
zwykle w garażu, piwnicy lub jak w naszym przypadku w domku na wsi).
Jakiś czas temu wrzuciłam je do mojego blogowego SECOND HANDU
i znalazły drugi dom, a ja zyskałam zastrzyk gotówki
i mogłam wprowadzać zmiany w życie ;-).
Jak zapewne pamiętacie pokój Franka jest zabudowanym dawnym przedpokojem,
stąd te skosy przy suficie. Metraż jest niewielki, mniej niż sześć metrów kwadratowych.
Jednak według mnie jest to przestrzeń wystarczająca by stworzyć dziecku jego azyl
zwłaszcza w domu weekendowym, na wsi...gdzie w pokoju tak naprawdę nasze dziecko tylko śpi, a niemal całe dni spędza na zewnątrz.
W mieszkaniu w mieście Franek niestety też nie ma większej przestrzeli do dyspozycji ;-).
Pamiętacie założenie jakimi miałam się kierować przy realizacji tego projektu??
Jeśli nie to przypomnę ;-)
Pokój miał być spójny i miał zostać wyposażony tanim kosztem ;-);
życzeniem Synka było aby nie był dziecinny
(bez czerwonych dodatków!!!),
życzeniem W. aby nie wyrzucać starych mebli.
Mąż nie powiedział jednak, że mebli przemalować nie mogę ;-).
Przede wszystkim zależało mi na wygospodarowaniu w pokoju kącika do nauki.
W weekendy w czasie trwania roku szkolnego F. musi czasem odrobić jakieś zadanie więc konieczne były: mały stolik, krzesełko i oczywiście lampka, bo w pokoju ze względu na małe okienko bywa dość ciemno ;-(.
Stoliczek zrobił mój mąż rok wcześniej. Powstał z kilku kantówek i resztki blatu bukowego.
Pierwotnie miał białe nóżki ale na potrzeby nowego wystroju nogi zostały pomalowane farbą Annie Sloan w kolorze grafitowym. Następne nogi lekko postarzyłam(ranty przeszlifowane są papierem ściernym) i zawoskowałam brązowym a następnie bezbarwnym woskiem.
Lubię ten lekko metaliczny efekt, który widoczny jest wyraźniej na frontach komody, bo ją także potraktowałam farbą i woskami ;-).
Ramki w pokoju Franka i ramka tablicy korkowej przeszły identyczną metamorfozę ;-).
Do naszego letniska przyjechało ikeowskie krzesełko z pokoju w mieście ( tam mamy już inne krzesełko). Stary pojemnik na przydasie przemalowałam tak aby pasował do całości - robiłam go bardzo dawno temu ale nadal sprawdza się znakomicie. Puszkę z herbaty Tafelgut szkoda było mi wyrzucić( bardzo spodobał mi się jej kształt) więc okleiłam ją wybraną grafiką i w tej sposób zyskałam jeszcze jeden pojemnik na dziecięce skarby. Lampy biurkowe to coś co bardzo lubię, a ta od
Zorkyego skradła moje serce już dawno. O dziwo taka żarówka na "wierzchu" nie razi bardziej niż taka tradycyjnie schowana pod kloszem ;-).
Wprawne oko wypatrzy w naszym pokoiku dużo elementów pochodzących z Ikea. Te półeczki na przyprawy to według sklepowego sprzedawcy totalny hit...podobno sprzedają się jak ciepłe bułeczki.
Nie zabrakło ich i u nas, po przemalowaniu służą do ekspozycji starych dziecięcych książek po dziadkach ;-).
Zabawek na wsi mamy naprawdę niewiele...pewnie dlatego, że tutaj każdy patyk, listek czy kamyk jest bardziej atrakcyjny niż najbardziej wypasiony dziecięcy gadżet.
Nie mogło zabraknąć jednak kilku ulubionych i gier.
Kiedy nuda doskwiera ( czyli bardzo rzadko) gry są niezawodnym na nią sposobem.
A to już komoda...Wolę kiedy większość rzeczy jest schowanych i staram się nauczyć Synka
aby dbał swoje rzeczy ale także i o porządek. Dlatego komoda stała się obowiązkowym wyposażeniem pokoju. Jak już wspominałam i ją poddałam lekkiemu liftingowi ;-)
Nie lubię tego ciepłego odcienia naturalnej sosny ale wydaje mi się, że przy tych metalicznych frontach ten kolor już tak nie razi więc drewniana część komody pozostały saute.
Komoda kupiona była bardzo dawno temu. To ikeowska seria Trofast z plastikowymi
frontami.
Tak komoda wyglądała przed zmianami.
Zdjęcie znalezione na oxl.pl
W wersji obecnej podoba mi się bardziej i przez przemalowanie frontów według mnie zyskała bardzo na wyglądzie.
Pokój podzieliłam na trzy strefy: strefę do nauki, zabawy i strefę do spania.
Część do nauki i do spania znajdują się po dwu przeciwległych stronach pokoju
(tam zlokalizowane są meble, przez co pokój typu tramwaj zyskuje optycznie odpowiednie proporcje).
W części do nauki nad komodą wisi drewniana pacyfka i wielgachna litera F
zrobiona z trzech zawoskowanych desek ;-).
Nie mogę nie wspomnieć także o swojej wygranej, a mianowicie posterze z sówką od
AGI.
Chociaż dziękowałam Ci już chyba ze sto razy to robię to raz jeszcze.
Część sypialnianą widzieliście już przy okazji
TEGO postu.
Nowym elementem w tej części jest poduszka od
HUG THE STUFF z kotem.
Kocie motywy uwielbiamy więc nie mogło i u nas zabraknąć wielkiego oka.
Jak się oprzeć takiemu spojrzeniu??!!
Podusia jest z poliestru ale przez to jest bardzo mięciutka i niezwykle przytulna ;-)
Nad łóżkiem wisi ramka z piórkiem znalezionym na spacerze. Wiele z Was pytało w mailach i komentarzach skąd mam takie fajowskie passe-partout...odpowiadam więc: to zwykłe białe passe-partout oklejone grafikami znalezionymi w sieci.
Moje grafiki pochodzą
STĄD.
W pokoju po przemalowaniu swoje miejsce znalazła też skrzynia.
Pozbyłam się jej morskiego looku na rzecz rozwodnionej mięty i czarnych wykończeń.
Do malowania użyłam farby Tikkurila.
Dywanik jutowy leżący przy łóżku szumnie nazywany jest strefą zabawy.
Franek sporo czasu spędza na kolanach ;-) więc miejsce do zabawy nawet malutkie jest w pokoiku elementem pożądanym i niezbędnym.
Jak widzicie pokoik został stworzony niewielkim kosztem
ale gigantycznym nakładem pracy.
Jeśli zliczyć godziny, które spędziłam na malowaniu i przemalowywaniu
uzbierałaby się ich całkiem pokaźna ilość ;-).
Ale ja lubię tego typu prace.
Praca nad zmianami mnie relaksuje, a myśli o efektach wprawiają w dobry humor.
Każda nawet najdrobniejsza metamorfoza jest dla mnie dążeniem do ideału i do posiadania wnętrz o jakich marzę.
Nakład pracy i świadomość trudu sprawia, że kocham swój dom jeszcze bardziej.
Nawet nie wiecie jaką radość sprawia mi dzielenie się z Wami efektami moich domowych metamorfoz.
Dlatego bardzo Wam dziękuję za każdy komentarz,
każde odwiedziny, każdy najmniejszy dowód Waszej sympatii.
A jeszcze zupełnie na koniec chciałabym pokazać Wam najpiękniejszy koci "gadżet" w naszym domku, a mianowicie kociszona Wacława Pierwszego.
Z kota dzikiego stała się (tak, nie pomyliłam formy) futrem zaprzyjaźnionym.
Ufam w jej czyste intencje.
Nie odchodzi kiedy już zje swoją porcję
tylko towarzyszy nam przez cały dzień,
podążając krok w krok za domownikami.
.
Udanej środy dla Was i dobrego tygodnia.
OLA