11 maj 2015

W STARYM DOMU

Dom to nie tylko: fundamenty, ściany, okna, dach, wewnętrzna przestrzeń dzielona na pomieszczenia.
To wszystko to, co przez lata decydujemy się w tych pomieszczeniach umieścić, 
a co sprawia, że czujemy się  w nich dobrze i chętnie spędzamy w nich czas.
Nasz letni dom jest stary więc i duszę ma starą.
Przez lata znalazły tutaj swoje miejsce pamiątki po bliskich.
Przede wszystkim mnóstwo zdjęć i dokumentów, 
ale także biżuteria, sztućce, porcelana, rzeczy osobistego użytku, skarby z wiekowej apteczki 
i wiele innych.
Wszystko na widoku.
Nie chowamy ich po szufladach, 
bo przyjemnie jest czytać książkę, 
którą miał w biblioteczce  pradziadek,
sączyć wino z kieliszków po babci, 
patrzeć na obrazy przywiezione 
 do Chatki z Przemyśla
( z dawnego mieszkania dziadków).
Fajnie zrobić bukieciki w starych bańkach, 
zjeść deser stuletnią łyżeczką,
poczytać jakie dziadek miał oceny w indeksie 
i zobaczyć jakie prababcia robiła smakołyki na święta.
Obcowanie z pamiątkami sprawia nam przyjemność.

 Naprawdę miły weekend spędziłam w Chatce.
Oglądaliśmy z mężem stare zdjęcia
i niemal każde z nich było okraszone ciekawą anegdotką z przeszłości.
Było dużo śmiechu i emocji.
A jeśli jesteście ciekawi z czym "obcujemy" w weekendy 
mam dla Was kilka ujęć naszych "skarbów".
Tylko mały ich fragment, 
bo żeby udokumentować wszystko 
musiałabym mieć kilka tygodni wolnego.
Prawdziwa gratka dla miłośników retro klimatów ;-).
Mój świat równoległy, alternatywna dla bardzo graficznego miejskiego domu.
Miłego oglądania!






W weekend  nieco ogarnęliśmy działkę, bo trawa wyrosła nam do kolan.
Zostawiliśmy gdzieniegdzie kępy niezapominajek, bo przecież niebieski to taki nasz domowy kolor, 
a poza tym to jedne z naszych ulubionych wiosennych kwiatów.
Oto jabłoń, która co roku płata mi figle.
O mały włos i tym razem by się jej udało.
Uwierzycie, że kiedy wczoraj wyjeżdżaliśmy z Chatki
na drzewie było tylko kilka kwiatów??


Udanego dnia dla Was i wspaniałego początku tygodnia.

OLA
SHARE:

8 maj 2015

CZYTELNICZY PROBLEM

Mamy w domu dużo książek.
Sporo starych wydań i naprawdę dużo nowości.
Jesteśmy rodziną czytającą, a w zasadzie żoną i mężem, którzy lubią czytać.
Za to Syn...no jakiś z innej bajki.
Ósmy krasnoludek i czwarta  świnka w jednym.

Książeczki Franek "oglądał" odkąd miał kilka miesięcy, z czasem łapał nazwy rzeczy przedstawionych na ilustracjach, szybciutko odszukiwał nazwane przedmioty w książeczkach
Potem kupowaliśmy książeczki z krótkim tekstem lub ewentualnie dzielone na rozdziały.
Ulubioną książką dwuletniego Frania była : "Wielka księga przygód Reksia"
Prawie trzyletni Franek pokochał "Pana Kuleczkę" i niesforną kaczkę Katastrofę.
Czytaliśmy Frankowi na dobranoc, czytaliśmy w ciągu dnia, czytaliśmy bardzo dużo.
"Pinokio", "Don Kichot", "Witaj Karolciu", "Moja Mama Czarodziejka", "O czterech warszawskich pstroczkach", "Dzieci z Bullerbyn", "Filonek Bezogonek", "Rogaś z doliny Roztoki" i wiele innych przeczytaliśmy do czwartych urodzin Franka.
W piątym roku życia zapałał miłością do opowieści strasznych ( zdecydowanie ma to po mnie):
"Ronję córkę zbójnika" czytaliśmy trzy razy, "Hobbita" dwa, kilka razy przebrnęliśmy przez wszystkie tomy "Harryego Pottera"
W literaturę "ciężką" wplatałam utwory Grzegorza Kasdepke.
Przy "Z piaskownicy w świat" Franek ryczał ze śmiechu, "Detektywa Pozytywkę" mamy w małym palcu. Chętnie staliśmy się częścią "Drużyny Pani Miłki".
Uwielbiał słuchać więc wydawało mi się, że kiedy nadejdzie jego czas to w sposób naturalny pokocha czytanie.
 
Zagonić moje dziecko do czytania to nie lada wyzwanie.
Gdy tylko pada hasło:"Czytamy" Franek zaczyna "czarować".
A czaruś z niego wyjątkowy.
Jak na zawołanie pojawiają się wizje kolejnych "nie cierpiące zwłoki" zajęć.
A to musi pokój musi posprzątać ( perfekcyjny pan domu), 
a to sobie przypomni o zadaniu na najbliższą środę ( do godziny 0 kilka dni, a on zwykle zostawia wszystko na ostatnią chwilę), 
a to jest zmęczony i musi się przespać ( a trzy minuty wcześniej działał na baterii Energizera).
Jego intencje są dla mnie jasne.
On wie, że ja wiem, a mimo to koncertowo gra na moich emocjach,
świadomie i z premedytacją testuje moją wytrzymałość.
 
Będziesz czytał?? - pytam
Nie!!! -odpowiada
A dlaczego???..."Bo nie i już"
Nerw mnie wtedy łapie i mam ochotę zamordować własne dziecko.
Żeby nie wybuchnąć zaczynam liczyć do 10.
1...2...3...
"Chodzisz do szkoły i codzienne czytanie to Twój obowiązek, Pani prosiła ( tutaj odwołuję się do autorytetów) żebyście czytali"
" Nie zmusisz mnie!!!" - on na to.
...4...5...6
Próba sił to coś co "uwielbiam".

Moja determinacja żeby F. czytał jest równie mocna, co jego do czytania niechęć.
Negocjujemy. 
Proponuję więc: "Zrobimy listę jak będziesz ładnie czytał przez miesiąc to Ci coś kupię albo zrobimy sobie jakąś fajną wycieczkę" 
Wydaje się, że złapał przynętę: "A jaką wycieczkę??"
"Pojedziemy do zoo, albo do centrum wspinaczkowego...albo do parku dinozaurów"
"Nuda...Byłem w przedszkolu, a potem w pierwszej klasie jeszcze...nie czytam"
"To może Ty coś wymyślisz....może gdzieś chciałbyś pójść??" - drążę temat dalej.
"Wiesz co mama...posiedzę w domu i nie będę czytał"
Zmora dzisiejszych czasów...dzieci wiedzą wszystko i były już wszędzie, 
jak rodzic ma zaproponować dziecku fajny sposób spędzania wolnego czasu skoro nic już nie jest atrakcyjne - no może wyjazd do Legolandu lub Disneylandu byłby ;-).
Więc jak nie prośbą to groźbą.
"Będziesz czytał i tyle, będziesz czytał, bo jak tak mówię. A jak nie, to nie pozwolę Ci oglądać telewizji przez tydzień"
No i mamy ryk i czuję się okropnie, bo po raz kolejny poniosłam rodzicielską porażkę,
a liczenie mogę sobie wsadzić.




Zapisaliśmy się nawet  do biblioteki publicznej, Franek ma swoją kartę, sam wybiera książki dla siebie.
Kiedy docieramy do domu, wszystkie, bez wyjątku lądują w kącie.
Nie ograniczam się jedynie do wypożyczania, dużo książek kupuję.
W księgarniach jak sami wiecie jest naprawdę spory wybór ;-).
Franek z książką to niezwykle rzadki widok.
Jeśli zdarzy mi "przyłapać" go z jakimś wydaniem to najczęściej ogląda książkowe ilustracje.
Wbrew samej sobie nabyłam "głupkowate" wydania książek LEGO NINJAGO i CHIMY.
Wszystko po to, żeby zachęcić go do czytania.
 Okazało się, że w kręgu zainteresowań Franka są wyłącznie klocki LEGO z tej serii.
 


Podzieliłam się ostatnio swoją frustracją ze moją mamą.
A ona mi na to: " Ty też nie chciałaś czytać!! Co ja miałam z Tobą problemów!!!
Niedaleko pada jabłko od jabłoni ;-).

Pozostaje mi chyba czekać spokojnie  na moment kiedy Franek i książka
nie będą to dwa wykluczające się elementy ;-).
A może macie jakieś czarodziejskie sposoby na to aby zachęcić dziecko do czytania
i zechcecie się tutaj nimi ze mną podzielić??


Udanego dnia dla Was.

OLA

SHARE:

5 maj 2015

MY IB LAURSEN CERAMICS

Nie jest łatwo negocjować z dzieckiem.
Franek często miewa "swoje plany" odmienne od naszych.
A w wieku jest już takim, że wypada brać jego zdanie pod uwagę.
Niechętnie,  aczkolwiek właśnie to uczyniliśmy w czwartkowy wieczór.
Przełożyliśmy nasz wyjazd do Chatki na piątkowy poranek:
gniliśmy przed tiwi podczas gdy nasz niemal dziewięciolatek "balował" u kolegi ;-).
Niech rękę do góry podniesie ten, u kogo w piątek rano była ładna pogoda ;-).
W Krakowie niebo zasnute chmurami i temperatura nieprzekraczająca dwunastu stopni -
wymarzona aura na majówkę nieprawdaż??
Spakowaliśmy polary, kurtki, rajtki, kalesony,ciepłe skarpetki, kalosze i ruszyliśmy.
Po stokroć wolę brodzić w deszczu po trawie i grzać się przy piecach niż gnić w mieście.
Chociaż mieszkanie swe uwielbiam to 
każda okazja dobra, żeby "wybyć" z zasmrodzonego Krakowa,
a trzy dni wolnego nie zdarza się przecież codziennie.

Mamy pod domem dwie zgrabne jabłonie, a obsypane kwieciem są wprost urocze.
Tak bardzo nie chciałam przegapić ich kwitnienia, że przed wyjazdem do naszego domu
mogłoby mnie powstrzymać chyba tylko trzęsienie ziemi.
Jabłonie to niezłe trzpiotki,  uwielbiają płatać psikusy.
Przez dwa kolejne lata ich pąki rozwitały w ciągu tygodnia,
a kiedy przyjeżdżaliśmy w sobotę było już "po kwiatach".
Tym razem było jednak za wcześnie.
Pąki mnie jednak nie rozczarowały, a ponieważ mam w zwyczaju wszystkie Chatkowe kwiaty uwieczniać na zdjęciach to tym razem nie mogło być inaczej.

 Piątek spędziliśmy na krótkich spacerach wokół domu,
piszczoszeniu kota,
łażeniu po kałużach
ale było tak zimno
,że głównie siedzieliśmy w domu przy piecach.
I to siedzenie i leżenie pod kocami też lubię.
Bo kto by ich nie lubił ;-).

 Poprzyglądałam się ścianom w pokojach; starej maszynie, która czeka na renowację; przedpokojowi, w którym rozgrzebałam jeden projekt i doszłam szybko do wniosku,
że chyba nie podołam tym wszystkim wyzwaniom.
A skoro nie podołam to z chęcią wrócę do łóżka, co też niezwłocznie uczyniłam.
Cały piątek oddawałam się błogiemu lenistwu.
W sobotę pogoda zaczęła się wyraźnie poprawiać.
Odnoszę wrażenie, że działam na energię słoneczną.
Nie ma znaczenia jak bardzo bym była zniechęcona kiedy tylko pojawia się słońce
wstępują we mnie nadludzkie siły.
Więc żeby nie uznać weekendu za całkowicie stracony( w sensie pracy, a nie odpoczynku)
postanowiłam podołać wyzwaniu, które spędzało mi sen z oczu.

Kiedy Magda  właścicielka sklepu MILE MAISON zapytała mnie czy nie chciałabym sfotografować 
w swej Chatce kilku rzeczy z nowej kolekcji IB LAURSEN z serii MYNTE CORNFLOWER
nie mogłam się nie zgodzić.
Po pierwsze dlatego, że z Magdą "znamy się" wirtualnie od ponad roku ( a raczej prawie dwa lata)
i chyba nie będzie przesadą jeśli napiszę, że się lubimy.
Nie będzie( to pytanie kieruję do Pani M.)?
Kibicowałam jej kiedy powstawał jej sklep, a ona wspierałam mnie dobrym słowem 
przy każdej chatkowej metamorfozie.
Po drugie dlatego, że nowa seria  IB LAURSEN ma kolor niebieski, taki jego odcień, któremu nie jestem się w stanie oprzeć ( a o kolorze niebieskim pisałam co nieco w poprzednim poście)
 Szaleństwem byłoby się upierać, że duńska marka tworzy rzeczy specjalnie dla mnie.
Ale czyż nie?? :-)
Przeleciałam po domu z dzbankiem w ręce i okazało się, 
że pasuje do każdego pomieszczenia.
A ponieważ lubimy celebrować posiłki 
zdecydowałam się zrobić małą "sesję" w kuchni.
Zdjęcia trwały dwie godziny, a potem w przyjemnej atmosferze zeżarliśmy ciacha;-).
Nie marzyłam o piękniejszym zakończeniu dnia.





 Najbardziej w tej ceramice podoba mi się to, że można ją pięknie łączyć z inną ceramiką tego producenta  ale także z naczyniami współczesnymi i takimi z duszą.
Stare moździerze, kanki na mleko, gliniane beczułki - wszystko to bardzo zyskuje w jej otoczeniu.
Ja pokazuję wam aranżację naczyń w starej chałupie ale na wielu blogach
zobaczycie je w kuchniach bardziej współczesnych.





I pewnie tego dnia zdjęcie niezapominajek w kubeczku byłoby ostatnim ale 
na zewnątrz zrobiło się bardzo przyjemnie i tam właśnie przeniosłam się z aparatem.

Krótka chwila i powstała kolejna aranżacja, 
tym razem "starocie" zdominowały zdjęcia.
 Kiedy wszystko poustawiałam za siatką pojawił się sąsiad, który dokładnie się wszystkiemu przyglądał.
No był stres ;-).
 Nie spodziewam się, że za tydzień wszyscy na naszej wsi będą rozkładać aranżacje na łąkach ale na przykład dwadzieścia lat temu, kiedy rodzice mojego męża przywieźli na wieś grill ogrodowy
w kilka tygodni później takowe pojawiły się w całej okolicy ;-).

Oto szerszy kadr, bo chciałam Wam pokazać niekoszoną łąkę
pełną mleczy i niezapominajek.
W górnej części zdjęcia pączki jabłoni i odrobina naszego wiejskiego domu.
Tak mi się krzesło pod jabłonią spodobało, że teraz szukam starej wiejskiej ławki,
która mogłaby stać w tym miejscu na stałe.






Mam nadzieję, że zdjęcia Wam się spodobały i 
wirtualnie przenieśliście się do naszej Chatki.
Udanego dnia dla Was i pięknego tygodnia.

OLA

SHARE:

29 kwi 2015

COLOUR OF MY VILLAGE HOUSE

Kiedy sięgam pamięcią do przeszłości
(nie tej odległej związanej z mym dzieciństwem ale tej znacznie bliższej)
to wstydzę się tego, że  nie lubiłam naszej Chatki.

Unikałam wyjazdów na wieś jak ognia, bywały okresy ( nawet wiosną i latem) kiedy przez kilkanaście tygodni z rzędu dom stał pusty.
 Nudziło mnie siedzenie na łonie przyrody,
drażniły  stare pilśniowe meble,
męczyło spanie na siennikach,
a myszy i pająki napawały lękiem.
Nie jestem w stanie dokładnie umiejscowić w czasie kiedy zaszła zmiana "w sposobie mojego widzenia".
Wydaje mi się, że Franek miał nie więcej niż trzy lata i nie musiałam skupiać się tylko i wyłącznie na nim.
Pamiętam jednak, że siedziałam na leżaku i przeżywałam kolejny "nudny" weekend.
Wtedy w głowie zrodziła się myśl
żeby zrobić przed domem, na skarpie skalniak.
Miejsce, które wybrałam było obrazem nędzy i rozpaczy.
Poprzerastane rozchodnikami, zagłuszone perzem, bez ładu i składu. 
Prace przygotowawcze, które zajęły mi kilka dobrych weekendów sprawiły, 
że poczułam się zjednoczona  z ziemią, 
dostrzegłam cel, który muszę zrealizować za wszelką cenę.
Skalniak okupiłam pęcherzami na dłoniach i przemieszczeniem dysku.
A kiedy z trudem przewracałam się na łóżku to
uśmiech nie schodził z mej twarzy, bo czułam, 
że ja i MIEJSCE możemy się jeszcze polubić.

Blisko dwa lata pielęgnowałam mój fragment ziemi:
wyrywałam chwasty, podlewałam, nawoziłam.
Trud włożony w pielęgnację się opłacił.
Rośliny pięknie się porozrastały i cieszą nasze oczy.
Szczególnie lawendy, które w okresie kwitnienia sięgają do pasa i oszałamiająco pachną.

Dom polubiłam wkrótce po zrealizowaniu celu pierwszego.
Z dnia na dzień, z minuty na minutę.
Siedziałam w fotelu, leniwie sącząc herbatę i patrzyłam na obraz przedstawiający 
babcię mojego męża w letniej sukience.
Czułam spokój, radość i szczęście,
Wyobraziłam sobie letni poranek i dom skąpany w promieniach słonecznych.




Dzięki rodzinnej pamiątce  zrodziło się marzenie.
O domku z: białymi ścianami, dużą ilością drewna, meblami ratowanymi od zniszczenia, 
z dodatkami we wszystkich odcieniach niebieskiego.
Niebieski to nie tylko kolor sukienki na obrazie to przede wszystkim wiosenne kwiaty rosnące w otoczeniu Chatki - .
szafirki i niezapominajki.
Od kilku lat konsekwentnie dążę do realizacji największego mojego marzenia.
Nie wiem czy mam łatwiej czy trudniej niż wszyscy, którzy o domku na wsi marzę.
Nie wiem czy ciężej zaczynać od zera ( pustej działki) czy remontować stary dom krok po kroku.
W ciągu kilku lat pomalowałam kilometry ścian i sufitów, przeszlifowałam gigantyczną ilość drewnianych powierzchni, nawciągałam w płuca sama nie wiem ile chemii  ściągającej stare powłoki, nie wspominam nawet o ilości wyrzuconych śmieci i wyszorowanych podłóg ;-).
Realizacja marzenia w naszym przypadku wiąże się z wielką pracą.
Wszystko robimy samodzielnie.
To ciągłe wizyty w marketach budowlanych i wykrzesywanie z siebie, po tygodniu pracy zawodowej sił na pracę fizyczną.
To przez dwie trzecie roku życie na dwa domy
Nie sposób, któregoś nie zaniedbać.
Kiedy na wsi wychodzimy na prostą,
wracamy do domu gdzie na meblach zalega kilkumilimetrowa warstwa kurzu,
a sterty prania piętrzą się na krzesłach.
Wiosna, lato, jesień to czas harówki i zabawy w ganianego z czasem.

A na wsi cóż "zapierdziel" mamy.
Działka usytuowana na górce, dosyć nierówna, 30 arów.
Żeby ją skosić trzeba się nieźle natrudzić.
Traktorek odpada ze względu na nachylenie terenu,
tylko koparka spalinowa dobrej jakości daje radę.
Nie działa jednak samodzielnie.
Wybierzcie sami co lepsze: pchać pod górkę 70 kilogramów czy zapobiegać stoczeniu się 70 kilogramów ze skarpy.
Skoszenie naszej działki zajmuje nam z malutkimi przerwami na odpoczynek około czterech godzin.
Kiedy lato w pełni kosić trzeba co tydzień.

A prace około domowe to nie tylko koszenie trawy.
Oceniam, że aktualnie jesteśmy w połowie drogi do posiadania naszego wymarzonego wiejskiego domku.
Tyle za nami, a przed nami jeszcze więcej.
Staram się nie myśleć ile zostało nam do zrobienia, 
zawsze patrzę na to co już osiągnęliśmy i rozpiera mnie duma.
Nie mam zdjęć Chatki przez zmianami ale zapewniam Was
że zmiany są gigantyczne.

Pewnie można by było zrobić wszystko szybciej.
W momencie realizacji jakiegoś projektu  daje o sobie znać moje umiłowanie  dokładności.
Wszystkie odnawiane meble muszę zostać pozbawione starych powłok,
odrobaczone, naprawione, na nowo pomalowane.
Często wymieniam okucia, bo nic mnie tak nie wkurza jak opadające drzwiczki czy rozklekotana szuflada.
Odnowienie kredensu zajęło mi prawie 5 miesięcy ( praca w weekendy; w sobotę i niedzielę -od rana do wieczora) - koszt napraw znacznie przekroczył cenę  nowego ;-).
Pisałam o nim TUTAJ
Metamorfoza skrzyni blisko dwa miesiące...za pieniądze wpakowane w jej odnowienie
mogłabym nabyć swobodnie nową ;-).
O skrzyni przeczytacie TUTAJ.
Nie przeliczam na pieniądze godzin spędzonych na dłubaniu gdybym to robiła z pewnością nigdy nie podjęłabym się odnowienia jakiegokolwiek mebla. Satysfakcja jest w tym przypadku moim pracodawcą, a ona jak wiadomo pieniędzmi nie płaci;-).
Ale to uczucie kiedy patrzysz na efekty swej pracy BEZCENNE
i świadomość, że dałeś rzeczy drugie życie COŚ GENIALNEGO.

Teraz także pracuję nad nowym projektem w Chatce. Pokazywałam już gałeczki, czas pokazać kosz, który kupiłam w Tkmaxx. Pracy przy projekcie nie jest zbyt dużo ale
jeśli na tapecie są pilniejsze rzeczy co zrobienia to ciężko znaleźć czas na "przyjemności".
Bo meblowanie Chatki to sama przyjemność ;-).

 

Za kilka dni maj i długi weekend, który spędzimy w naszym domku.
Cieszę się na wyjazd, na czas spędzony w Chatce.
Cieszę się na pracę i na chwilki wytchnienia.
Cieszę się, bo to miejsce jest tak inne od tego co mamy w mieście.
Cieszę się na wolność...zaraz po przyjeździe  wskoczę w wiejską stylówkę-
podarte jeansy i zbyt dużą bluzę- i zacznę pracować nad realizacją marzenia.
Bez pracy nie ma efektów.


Taki widok zastaliśmy w miniony weekend przed domem.
Fiołki przekwitły ale teraz mamy...
No właśnie co ??
Niech mnie ktoś oświeci ;-)


Udanej środy dla Was.

OLA

SHARE:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
© O Zebrze - blog lifestylowy - wnętrza, inspiracje, DIY. All rights reserved.
BLOGGER TEMPLATE DESIGNED BY pipdig