29 kwi 2015

COLOUR OF MY VILLAGE HOUSE

Kiedy sięgam pamięcią do przeszłości
(nie tej odległej związanej z mym dzieciństwem ale tej znacznie bliższej)
to wstydzę się tego, że  nie lubiłam naszej Chatki.

Unikałam wyjazdów na wieś jak ognia, bywały okresy ( nawet wiosną i latem) kiedy przez kilkanaście tygodni z rzędu dom stał pusty.
 Nudziło mnie siedzenie na łonie przyrody,
drażniły  stare pilśniowe meble,
męczyło spanie na siennikach,
a myszy i pająki napawały lękiem.
Nie jestem w stanie dokładnie umiejscowić w czasie kiedy zaszła zmiana "w sposobie mojego widzenia".
Wydaje mi się, że Franek miał nie więcej niż trzy lata i nie musiałam skupiać się tylko i wyłącznie na nim.
Pamiętam jednak, że siedziałam na leżaku i przeżywałam kolejny "nudny" weekend.
Wtedy w głowie zrodziła się myśl
żeby zrobić przed domem, na skarpie skalniak.
Miejsce, które wybrałam było obrazem nędzy i rozpaczy.
Poprzerastane rozchodnikami, zagłuszone perzem, bez ładu i składu. 
Prace przygotowawcze, które zajęły mi kilka dobrych weekendów sprawiły, 
że poczułam się zjednoczona  z ziemią, 
dostrzegłam cel, który muszę zrealizować za wszelką cenę.
Skalniak okupiłam pęcherzami na dłoniach i przemieszczeniem dysku.
A kiedy z trudem przewracałam się na łóżku to
uśmiech nie schodził z mej twarzy, bo czułam, 
że ja i MIEJSCE możemy się jeszcze polubić.

Blisko dwa lata pielęgnowałam mój fragment ziemi:
wyrywałam chwasty, podlewałam, nawoziłam.
Trud włożony w pielęgnację się opłacił.
Rośliny pięknie się porozrastały i cieszą nasze oczy.
Szczególnie lawendy, które w okresie kwitnienia sięgają do pasa i oszałamiająco pachną.

Dom polubiłam wkrótce po zrealizowaniu celu pierwszego.
Z dnia na dzień, z minuty na minutę.
Siedziałam w fotelu, leniwie sącząc herbatę i patrzyłam na obraz przedstawiający 
babcię mojego męża w letniej sukience.
Czułam spokój, radość i szczęście,
Wyobraziłam sobie letni poranek i dom skąpany w promieniach słonecznych.




Dzięki rodzinnej pamiątce  zrodziło się marzenie.
O domku z: białymi ścianami, dużą ilością drewna, meblami ratowanymi od zniszczenia, 
z dodatkami we wszystkich odcieniach niebieskiego.
Niebieski to nie tylko kolor sukienki na obrazie to przede wszystkim wiosenne kwiaty rosnące w otoczeniu Chatki - .
szafirki i niezapominajki.
Od kilku lat konsekwentnie dążę do realizacji największego mojego marzenia.
Nie wiem czy mam łatwiej czy trudniej niż wszyscy, którzy o domku na wsi marzę.
Nie wiem czy ciężej zaczynać od zera ( pustej działki) czy remontować stary dom krok po kroku.
W ciągu kilku lat pomalowałam kilometry ścian i sufitów, przeszlifowałam gigantyczną ilość drewnianych powierzchni, nawciągałam w płuca sama nie wiem ile chemii  ściągającej stare powłoki, nie wspominam nawet o ilości wyrzuconych śmieci i wyszorowanych podłóg ;-).
Realizacja marzenia w naszym przypadku wiąże się z wielką pracą.
Wszystko robimy samodzielnie.
To ciągłe wizyty w marketach budowlanych i wykrzesywanie z siebie, po tygodniu pracy zawodowej sił na pracę fizyczną.
To przez dwie trzecie roku życie na dwa domy
Nie sposób, któregoś nie zaniedbać.
Kiedy na wsi wychodzimy na prostą,
wracamy do domu gdzie na meblach zalega kilkumilimetrowa warstwa kurzu,
a sterty prania piętrzą się na krzesłach.
Wiosna, lato, jesień to czas harówki i zabawy w ganianego z czasem.

A na wsi cóż "zapierdziel" mamy.
Działka usytuowana na górce, dosyć nierówna, 30 arów.
Żeby ją skosić trzeba się nieźle natrudzić.
Traktorek odpada ze względu na nachylenie terenu,
tylko koparka spalinowa dobrej jakości daje radę.
Nie działa jednak samodzielnie.
Wybierzcie sami co lepsze: pchać pod górkę 70 kilogramów czy zapobiegać stoczeniu się 70 kilogramów ze skarpy.
Skoszenie naszej działki zajmuje nam z malutkimi przerwami na odpoczynek około czterech godzin.
Kiedy lato w pełni kosić trzeba co tydzień.

A prace około domowe to nie tylko koszenie trawy.
Oceniam, że aktualnie jesteśmy w połowie drogi do posiadania naszego wymarzonego wiejskiego domku.
Tyle za nami, a przed nami jeszcze więcej.
Staram się nie myśleć ile zostało nam do zrobienia, 
zawsze patrzę na to co już osiągnęliśmy i rozpiera mnie duma.
Nie mam zdjęć Chatki przez zmianami ale zapewniam Was
że zmiany są gigantyczne.

Pewnie można by było zrobić wszystko szybciej.
W momencie realizacji jakiegoś projektu  daje o sobie znać moje umiłowanie  dokładności.
Wszystkie odnawiane meble muszę zostać pozbawione starych powłok,
odrobaczone, naprawione, na nowo pomalowane.
Często wymieniam okucia, bo nic mnie tak nie wkurza jak opadające drzwiczki czy rozklekotana szuflada.
Odnowienie kredensu zajęło mi prawie 5 miesięcy ( praca w weekendy; w sobotę i niedzielę -od rana do wieczora) - koszt napraw znacznie przekroczył cenę  nowego ;-).
Pisałam o nim TUTAJ
Metamorfoza skrzyni blisko dwa miesiące...za pieniądze wpakowane w jej odnowienie
mogłabym nabyć swobodnie nową ;-).
O skrzyni przeczytacie TUTAJ.
Nie przeliczam na pieniądze godzin spędzonych na dłubaniu gdybym to robiła z pewnością nigdy nie podjęłabym się odnowienia jakiegokolwiek mebla. Satysfakcja jest w tym przypadku moim pracodawcą, a ona jak wiadomo pieniędzmi nie płaci;-).
Ale to uczucie kiedy patrzysz na efekty swej pracy BEZCENNE
i świadomość, że dałeś rzeczy drugie życie COŚ GENIALNEGO.

Teraz także pracuję nad nowym projektem w Chatce. Pokazywałam już gałeczki, czas pokazać kosz, który kupiłam w Tkmaxx. Pracy przy projekcie nie jest zbyt dużo ale
jeśli na tapecie są pilniejsze rzeczy co zrobienia to ciężko znaleźć czas na "przyjemności".
Bo meblowanie Chatki to sama przyjemność ;-).

 

Za kilka dni maj i długi weekend, który spędzimy w naszym domku.
Cieszę się na wyjazd, na czas spędzony w Chatce.
Cieszę się na pracę i na chwilki wytchnienia.
Cieszę się, bo to miejsce jest tak inne od tego co mamy w mieście.
Cieszę się na wolność...zaraz po przyjeździe  wskoczę w wiejską stylówkę-
podarte jeansy i zbyt dużą bluzę- i zacznę pracować nad realizacją marzenia.
Bez pracy nie ma efektów.


Taki widok zastaliśmy w miniony weekend przed domem.
Fiołki przekwitły ale teraz mamy...
No właśnie co ??
Niech mnie ktoś oświeci ;-)


Udanej środy dla Was.

OLA

SHARE:

13 kwi 2015

HOMECOMING

Sezon uważam za otwarty.
Czekałam na to niemal pół roku i wreszcie udało nam się zawitać w naszym letnim domu.
Kiedy tylko dojechaliśmy na miejsce od razu pomyślałam:
"Alpy! Ach! Tu się oddycha! W końcu czuję, że jestem wolny!";-).
I chociaż willi brak to na  brak wolności nie można tutaj narzekać. 
Mimo, że to nie Szwajcaria to powietrze jest całkiem inne niż to w Krakowie.
Lokalizacja domu na końcu wsi, na mało uczęszczanej drodze, pod lasem zdecydowanie ma swoje dobre strony.
Wszystko pachnie intensywniej nietłumione oparami benzyny.
Chłonę wzrokiem gigantyczne ilości fiołków, co roku jest ich więcej.
A w zasadzie chłonę je całą sobą.
Ich zapach "atakuje" mnie z każdej strony.
Dziecko biega po działce jak oszalałe i samo nie wie czym się nacieszyć najpierw.
Od razu widać, że wiejska wiosna ma opóźnienie. 
Jakieś dwa tygodnie w stosunku do wiosny miejskiej.
Żonkile dopiero zabierają się za kwitnienie, na tulipany przyjdzie jeszcze poczekać, 
nieśmiało wyglądają z ziemi niezapominajki. 


Jadąc do Chatki, 
najbardziej się bałam, że nie odwiedzi nas kociszon Wacław.
Franek byłby bardzo zawiedziony. 
Kiedy jednak podjeżdżamy pod dom...podbiega do nas czarno biały zwierzak, wita nas mruczeniem i ocieraniem się o nogi.
Niesamowite...nie widział nas prawie pół roku, a nadal nas pamięta
Kiedy tylko zobaczył Franka przewraca się na plecy i pozwala aby ten go swobodnie pieszczoszył.
A w niedzielę na wycieraczce przed drzwiami znajdujemy koci dar: zabitą myszkę.

W domu bardzo zimno.
Szybko otwieramy okna, żeby wyrzucić zimę z domu.
Całe szczęście, że na zewnątrz jest tak ciepło, 
że Franek może spędzić calutki dzień na zewnątrz, 
co też czyni bez najmniejszego protestu.
Kiedy powietrze nieco się złamie, zaczynamy grzać w trzech piecach kaflowych
nie ma co jednak liczyć, że w domu zrobi się cieplej w kilka chwil.
Na odczuwalną zmianę trzeba będzie poczekać kilka godzin. 
Już w południe staje się jasne, 
że będziemy spać "na kupie".

Mam takie zwyczaj, że każdego roku po przyjeździe do Chatki
sprzątam stare kąty po zimie.
Wymiatam pajęczyny, ścieram kurze, wietrzę pościele.
W tym roku pierwszy raz od dziesięciu lat
myszy dały nam we znaki. 
Do wywalenia są dwie kołdry, trzy poduszki, narzuta.
Do wyprania praktycznie wszystko co było na wierzchu.
Całe szczęście, że w minionym roku zdążyłam 
odnowić skrzynię posagową, 
bo nie mielibyśmy się czym przykryć.
Rzeczy w skrzyni są nietknięte i ratują nas w nocy przed zimnem. 
Mysia działalność ma i swoje dobre strony:
muszę kupić nowe tekstylia ;-). 

Do domu przynoszę fiołki, kwitnącego derenia 
i z tego co zostało 
przygotowuję małą aranżację, 
żeby było w tych pierwszych dniach w Chatce przyjemnie jak zawsze.
Dzielę się z Wami babcinymi klimatami ;-).






 
Złość na myszy przechodzi mi wieczorem.
Ze względu na temperaturę w domu
łóżko Franka wnosimy do naszej sypialni, 
dosuwamy do naszego łóżka
co jest dla niego nie lada atrakcją.

A w nocy ciąg  atrakcji ;-).
W. wydaje się, że myszka przebiega po jego śpiworze.
Po zapaleniu światła okazuje się, że to Franek przełożył rękę na nasze łóżko.
Już mam zgasić lampkę ale wtedy z kolei ja biorę wiszący kabel za gryzonia, 
zrzucam lampkę z krzykiem :AAAAA.
A gdy widzę swoją pomyłkę wybucham śmiechem i 
nie mogę się uspokoić przez dłuższy czas.
A Franek w tym czasie...ŚPI.
Jak ja mu zazdroszczę tego mocnego snu.

Niedziela mija szybciutko.
Zdecydowanie zbyt szybko.
Przyznam szczerze, że nie zdążyłam się nacieszyć spotkaniem
ze starym przyjacielem - naszym letnim domem,
a ponieważ z roku na rok coraz bardziej go lubię
czuję się nieswojo kiedy muszę go zostawić nawet na kilka dni.

Dzieci mają kapitalną logikę.
Franek szybciutko wymyślił rozwiązanie dla mojej zgryzoty.
"Mama przeprowadzamy się na wieś, 
ty będziesz  hodować kwiaty, 
tata jeszcze nie wiem co będzie robił, 
ale ja rzucam szkołę"
On także nie chce wracać do domu.
Myślę, że kiedy dorośnie będzie z radością wspominał 
dni spędzone w Chatce.


 A następnym razem kiedy pojedziemy do Chatki czeka mnie mały projekt, 
w którym wykorzystam nowe gałki.
Nie zdążyłam zrealizować tego pomysłu ubiegłej jesieni 
ale przecież co się odwlecze...;-).



A już zupełnie na koniec fiołki w ich środowisku naturalnym. 
Wspaniałego dnia dla Was i udanego tygodnia.

OLA




SHARE:

25 sie 2014

Projekt skrzynia CZĘŚĆ PIERWSZA

 Witajcie ;-)
  Kupiłam sobie skrzynię.
Skrzynia dość wiekowa, a kosztowała niewiele ;-).
Nie był to zakup przez internet więc zdecydowanie widziały gały co brały.
No może nie aż tak dokładnie widziały, bo skrzynia była niemiłosiernie brudna.
I cena była taka kusząca, że głos rozsądku został stłumiony w głowie przez chęć posiadania.
Tyle mam na swoje usprawiedliwienie.

Oto jak teraz wygląda. Musiała jednak przejść naprawdę długą drogę aby mogła zająć miejsca w naszej sypialni ;-)...nie jest jeszcze ukończona.
I chociaż zdjęcia zdradzają jeszcze mnóstwo niedoskonałości
MUSIAŁAM się Wam nią pochwalić.





Mam nadzieję, że Was nie zanudzę tym postem.
Myślę jednak, że ten kto lubi wpisy z cyklu BEFORE & AFTER będzie zachwycony.

Zaczynamy ;).
Po wyszorowaniu  skrzyni wodą z mydłem moim oczom ukazały się  się setki dziur - śladów bytności jakiegoś szkodnika  drewna.
Obstawiałam kołatka. 
O naiwności ludzka !!!
Prócz dziurek o kształcie i rozmiarze typowym dla kołatka ( do 2mm, wyloty okrągłe) znalazłam
kilkanaście dziurek o średnicy około 6m...ze spłaszczonym wylotem.
Jak widać i spuszczel miał stać się mym przeciwnikiem w tej wojnie ;-).
Tak, tak WOJNIE...bo zanim przejdziemy do stylizacji mebla, zanim osiągniemy  efekt finalny trzeba stoczyć bój z przeciwnikiem odpornym i bardzo podstępnym.
Może nie skończyć się na jednej bitwie ;-).

Owadów wszelkiej maści  wyjątkowo nie lubię. Brzydzę się muchami, komarami, pająkami...żuczkami także.
Wygooglowałam sobie jak takowy spuszczel wygląda i nawet teraz wspomnienie zdjęcia napawa mnie obrzydzeniem,
a po  plecach (na myśl o tym dla jakich  jeszcze żyjątek moja skrzynia mogła być domem) przechodzą ciarki. 
 W skrzyni owady poczyniły gigantyczne uszkodzenia znacznie osłabiając całą  konstrukcję.
Chciałabym abyście mieli blade pojęcie z czym przyszło nam się mierzyć...
grozę sytuacji oddają poniższe zdjęcia...a uwierzcie, że nie wybrałam najgorszych!!!





Niemalże w chwili zakupu zdecydowałam się na  pewne zmiany, które wpłynęły na kształt ostateczny mebelka.
Pierwotnie skrzynia miała podest, który był bardzo zniszczony i sprawiał, że skrzynia
była dość toporna. Ja potrzebowałam mebelka wizualnie lżejszego ;-).   
Pozbyliśmy się więc podestu i zastąpimy go nowiutkimi dębowymi toczonymi nogami, których na zdjęciach jeszcze nie widać...bo moje wrodzone roztrzepanie dało o sobie znać i nóżki zostały w Krakowie  ;-).
Poniżej rysunek poglądowy...wybaczcie jakość ale mistrzynią rysunku nie jestem...całe szczęście że nie o jakość tutaj chodzi ale ogólne wyobrażenie
jak moja skrzynia wyglądała przed zmianami ;-)


 Podłogę  także musieliśmy wymienić całkowicie, bo gdy zrobiliśmy małą dziurkę na jej powierzchni...z dziurki zaczęła wysypywać się mączka drzewna.
Dziurka w podłodze sprawiła, że uświadomiłam sobie w jak złym stanie jest mój mebel.
"Sypiące się" drewno to chyba najgorszy koszmar renowatora amatora.
Przyznam szczerze, że był moment kiedy chciałam spalić staruszkę.
Ale wtedy niczym zimny prysznic spłynęły na mnie słowa Męża:
" Wiemy w jakim skrzynia jest stanie i nie ma co biadolić tylko trzeba zabrać się do pracy".

Nie miałam pewności czy coś nadal w niej coś żyje( test słuchowy wypadł negatywnie) jednak wolałam nie ryzykować i zdecydowałam się na nasączenie skrzyni chemią. 
Na skrzynię o wymiarach 104x60x45 zużyłam 5 litrów preparatu Hylotox Q...dosłownie zlałam skrzynię preparatem na zewnątrz i od środka pamiętając o dokładnym nasączeniu łączeń drewna. 
Następnie całość owinęłam folią stretch i na dwa tygodnie odstawiłam do garażu, 
starając się zapomnieć o wszystkich trudach, które jeszcze przede mną.

Dwa tygodnie zamieniły się w trzy...a ja nie miałam najmniejszej ochoty zmierzyć się z wyzwaniem.
Wena poszła w las... ( oczywiście mogłabym napisać dosadniej ;-))
Wydawało mi się, że nie podołam, że to wszystko mnie przerasta.
Następne tygodnie mijały, a ja garaż omijałam szerokim łukiem.
Wróciliśmy z wakacji i wtedy w Zebrę wstąpiły nowe siły ;-).
Wyciągnęłam skrzynię z garażu, wywietrzyłam( a wymagała naprawdę solidnego wietrzenia) i zabrałam się za kitowanie dziurek i dziur.
Kto raz to robił ten wie, że to bardzo żmudne zajęcie ;-).
Zajęcie, które zdecydowanie uczy cierpliwości ;-).
Tutaj skrzynia z wymienioną podłogą przed szlifowaniem.
Ponieważ dół ze względu na zniszczenie skrzyni postanowiłam  całkowicie pokryć farbą nie zależało mi zbytnio na tym aby kit do drewna idealnie wpasował się z kolor skrzyni.


Po wypełnieniu dziurek przyszedł czas na ostatecznie oszlifowanie skrzyni,odpylenie i stylizację -
czyli coś co kocham najbardziej ;-).
Ponieważ wieko skrzyni było w stosunkowo dobrym stanie postanowiłam ten fragment zawoskować.
Drewno spragnione pielęgnacji  "piło" wosk. Od dawna używam wosku Liberon, bo doskonale się wchłania i jego bazą jest wosk pszczeli przez co pięknie pachnie.


Ponieważ w naszym letnim domku większość dodatków jest w kolorze niebieskim zdecydowałam, że w skrzyni "blue" będzie kolorem dominującym. Także tym razem użyłam farb kredowych Autentico. Jestem w nich absolutnie zakochana!!!



Farby kupiłam w sklepie CHALKHOUSE. Dziękuję Agnieszce Tyszeckiej za fachową poradę i za cierpliwość, którą musiała się wykazywać na każdym etapie naszej korespondencji.
Ponieważ na stronie sklepu nie jest dostępny jeden odcień niebieskiego, a ja byłam straszliwie niezdecydowana Agnieszka fantastycznie mi wybór ułatwiła zamieszczając na swoim instagramowym profilu to oto zdjęcie.


Zdecydowałam się na kolor SUMMER SKY.
Ponieważ bardzo lubię szablony w projekcie ze skrzynią postanowiłam je wykorzystać.
W poście dotyczącym łóżka napisałam, że farba ma doskonałą konsystencję...szybko i łatwo można ją nałożyć na duże powierzchnie. Jeśli chodzi o jej wykorzystanie w pracy z szablonami też sprawdza się doskonale...nic się nie rozmazuje i nic nie ścieka ( a szablon w ramach testu używałam na poziomej i na pionowej powierzchni).
Farba ma jeszcze jedną fajną cechę...jest praktycznie bezwonna.


Dół skrzyni jak wiecie zamalowałam na niebiesko...był on tak zniszczony, że samo woskowanie nie wchodziło w grę...inna sprawa, że przy tej stylizacji chciałam troszkę poeksperymentować i może też troszkę poszaleć.
Farbę Autentico trzeba koniecznie pokryć woskiem...ja użyłam bezbarwnego...chociaż na stronie dostępne są woski w trzech kolorach.
Wosk zabezpiecza pomalowaną powierzchnię przez co staje się ona odporna na zarysowania.

Kochani!!!
Spędziłam bardzo pracowite dwa dni...
nie udało mi się jednak skończyć skrzyni całkowicie.
Czeka mnie jeszcze montaż nóżek i muszę naprawić wnętrze skrzyni, które także jest bardzo zniszczone...mam już pomysł jak sobie z tym problemem poradzić.

Zapowiada się znów bardzo pracowity weekend,
możecie być więc pewni, że CIĄG DALSZY NASTĄPI ;-).

Tymczasem dobrego dnia dla Was i wspaniałego tygodnia.

OLA


 
SHARE:

9 cze 2014

NIC nowego

Po bardzo pracowitej sobocie ;-) udało się w niedzielę"zwolnić".
Sporo czasu minęło od kiedy miałam dzień tylko dla siebie.
Tym bardziej się cieszę, że mogłam go spędzić w naszej magicznej Chatce.
Bo jest MAGICZNA...tak naprawdę zrozumiałam to w ostatnią niedzielę.
Zdjęcia nie są w stanie oddać tych kolorów, zapachów...światła wpadających przez otwarte okno.
Dzisiaj zdjęć baaardzo niewiele...bo i na robienie zdjęć nie było ochoty ;-)


Wraz z nami do Chatki przywędrowały w piątek nowe tace ;-). Są tak śliczne, że niemal natychmiast podjęłam decyzję aby jedną z nich powiesić na ścianie ;-).


Weekendowy plan wykonałam w 100%...udało się odczyścić futrynę i szafkę.
 W wersji pierwotnej szafka była pociaprana ciemną bejcą...miałam końcówkę farb Annie Sloan i stwierdziłam, że jak farba kredowa łapie na wszystkim to i na bejcy. Złapała owszem ale na całej powierzchni zaczęły wychodzić brzydkie zacieki. Nie było innej rady, trzeba było zeszlifować całość to zera.  Szlifowanie farby kredowej to dla mnie nowe doświadczenie. Jakoś przebrnęłam ale muszę Wam powiedzieć, że było to przeżycie traumatyczne. Po skończonej pracy biały pył miałam dosłownie wszędzie.
Ujednoliciłam kolor drewna na szafce używając wosku Liberona. 
Użyłam też nowego szablonu.
W tej wersji szafka podoba mi się bardziej ;-).
Futryna natomiast całkowicie odczyszczona czeka na malowanie.
Nie napisałam jeszcze, że w sobotę udało mi się skosić pół działki( drugą połową zajął się W).
40 arów wzniesień i dolinek ;-).



Tydzień przywitał nas cudną pogodą. 
Mam nadzieję, że i w weekend będzie podobnie.
Tymczasem udanego dnia dla Was.

OLA


SHARE:

7 kwi 2014

Sezon rozpoczęty

Doczekałam się !!!
Miniony weekend był pierwszym tegorocznym spędzonym w naszej wiejskiej chatce.
Ach jak ja tęskniłam.
Tęskniłam za tym co meszczuch może znaleźć na wsi i w domku na wsi.
A mianowicie: za przestrzenią, za spokojem, innym niż w mieście powietrzem, za wesoło trzaskającym pod kuchnią ogniem, za ciekawskimi kocimi towarzyszami, za podglądaniem naszych braci mniejszych: ptaków, nietoperzy, sów; za wspaniale rozgwieżdżonym niebem.

Niezmiennie nie mogę się nacieszyć moim kredensem, a trud, który włożyłam w jego naprawienie już dawno poszedł w zapomnienie.
Przywlekłam tym razem do domku: lampę, która zapoznała się szybko ze stołem(przypadli sobie do gustu ;-); i własnoręcznie zrobiony szydełkowy bieżniczek ( żadne cuda, ale i tak jego widok sprawia mi dużo radości)
Lubię moją wiejską kuchnię...między innymi za kolory... wyjątkowo podoba mi się to połączenie bieli z indygo( znak rozpoznawczy bolesławickiej i włocławskiej ceramiki).
Lubię ją za to także, że jest taka inna od mojej miejskiej kuchni - mało nowoczesna i 
zdecydowanie bardziej przytulna ;-).
 








Jak co roku nie mogę się nadziwić, że w porównaniu do miasta przyroda tutaj ma około dwutygodniowe spóźnienie. 
Na drzewach dopiero widać maleńkie pączki, prócz kilku  bratków i mnóstwa fiołków  nic nie kwitnie.
Na wsi wszak  wszystko ma swój rytm, który pozwala mi się uspokoić i wyhamować.

A Wy jak spędziliście weekend??
Czy " walczyliście " na balkonach, ogródkach??
A może te dwa dni przeznaczyliście na odpoczynek i naładowanie baterii??

Mam nadzieję, że pamiętacie o naszym konkursie, 
na który oczywiście niezmiennie serdecznie Was zapraszam.
Życzę Wam miłego dnia...
Nie jest źle... za 5 dni znów weekend ;-)

OLA




SHARE:

24 lis 2013

Monotematycznie

Na blogach tyle fantastycznych świątecznych inspiracji, 
a u mnie  nastrój jeszcze bardzo mało świąteczniy. 

Może dlatego, że wczoraj odwiedziliśmy nasz letni domek ;-).
 Ostatni raz przed zimą. 
Zamknięty na cztery spusty musi ją  przeczekać.

Zdążyłam nasz domek jeszcze obdarować.. 
Tym razem przywiozłam krzesłom w kuchni mikołajkowy prezent.
Nie zmarzną tej zimy ;-) 

4 poduszki na krzesła, odrobina materiału, a od razu zrobiło się przytulniej.

Poduszki są Firmy Comptoir de Famille, można je nabyć tutaj.





Moja subiektywna ocena poduszek ( na obiektywizm nie ma co liczyć, bo to była miłość od pierwszego wejrzenia ;-)):

* Kolor wprost obłędny, idealnie wpisujący się w klimat kuchni
* wykonanie perfekcyjne ( równiutkie szwy, nic nie puszcza)
* podusia puchata ale nie twarda - aż chce się siedzieć i siedzieć - wiadomo design ważna rzecz, ale wygoda gra jednak pierwsze skrzypce
* troczki wszyte głęboko i solidnie - nie ma szans, żeby wyrwać ( co zdażało mi się przy poduszkach z IKEA)
* cena... no cena... cóż cena... ;-) - dość drogie ale warto było!
( przez to, że poduszki są różne z dwu stron wyobrażam sobie że mam ich jednak 8, a nie 4 ;-)


I jeszcze kilka pięknych zdjęć z katalogu, który otrzymałam wraz z przesyłką.






Wygląd kuchni ewoluuje. Ale jak na razie można pokazać jej mały wycinek.
Mam nadzieję, że wybaczycie braki aranżacyjne ale czasu miałam wczoraj naprawdę mało.



 Zrobiliśmy wiele. Wiele bardzo drobnych rzeczy, na które w zasadzie tylko my domownicy zwracamy uwagę. Dla przyjezdnych to zmiany nieistotne wręcz niezauważalne.

Na więcej musimy poczekać do przyszłego roku. Mam nadzieję, że wtedy efekty będą spektakularne ;-)
Wszak w kuchni pojawią się nowe meble i zostanie odświeżony piec kaflowy.

Nasz dom to teraz "tabula rasa". Mam mnóstwo pomysłów by tą czystą kartę zapełniać.

Okoliczne koty przyszły nas przywitać i pożegnać zarazem. Dokarmiane całą wiosnę, lato, jesień tęsknią chyba za nami swą kocią tęsknotą. Wacław III( w sumie Wacławów jest 7) musiał być dokładnie "wypieszczoszony" ( jak mawia mój Synek) gdyż nie odstępował nas na krok.
A oto nasz mały  pomocnik.


Odlotowej niedzieli i
Udanego tygodnia

OLA





SHARE:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
© O Zebrze - blog lifestylowy - wnętrza, inspiracje, DIY. All rights reserved.
BLOGGER TEMPLATE DESIGNED BY pipdig