Moda na drabiny we wnętrzu trwa od dobrych kilku lat.
W blogosferze roi się od drabin...niemal każdy szanujący się bloger wykorzystuje drabiny w swoich stylizacjach. Mamy wieszaki na pledy i ręczniki, stojaki na bawełniane kuleczki i wszelkiej maści sznury świetlne oraz wieszaki na ulubione magazyny na przykład:wnętrzarsko kulinarne..
Broniłam się przed drabiną rękami i nogami. Broniłam się jak w lany poniedziałek przed kubłem wody wylanym na głowę lub jak w tłusty czwartek przed zjedzeniem piątego pączka.
Nie chciałam wpuścić jej do domu, zatrzaskując za każdym razem kiedy pojawiła się na horyzoncie, drzwi przed jej nosem.
Z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień, z dnia na dzień moja niechęć do drabin topniała jak resztki śniegu na trawnikach wiosną - systematycznie i nieubłaganie.
W ostatnich tygodniach września zabrałam się na przeistaczanie starego fotela w małe, szare cudo. Kiedy był gotowy ustawiłam go w nowym miejscu(#dobrazmiana ??) w sypialni na wsi i stwierdziłam, że sam fotel mimo, że przecudnej urody to zdecydowanie za mało. Na taboretach w naszym domu rzadko sadzamy cztery litery, bo najczęściej wykorzystujemy je niezgodnie z przeznaczeniem ( taborety a nie tyłki ;-)). Jeden z takich taboretów odmieniłam niedawno przy pomocy farby kredowej AS w odcieniu Napoleonic Blue. Z pewnością stary niebieski taboret byłby genialnym stoliczkiem pomocniczym ale nie dałam mu najmniejszej szansy, żeby zaistniał w tej roli...przymierzyłam go tylko do fotela, żeby odzyskać sposób ducha i utwierdzić się w przekonaniu, że intuicja nadal mnie nie zawodzi (#chrzanieskromnosc) i że w tym miejscu taboret będzie produktem zupełnie nietrafionym. Nie mam teraz wprawdzie, gdzie odłożyć kubka z kawą, ewentualnie słodkiego, popołudniowego CO NIE CO, co może być bardzo problematyczne kiedy akurat czytam książkę i akurat trzeba przewrócić kartkę...ale ergonomii nie ceniłam nigdy zbyt wysoko. W butach na wysokim obcasie też bolą mnie nogi i wcale mnie to nie powstrzymuje przed zakładaniem ich.
Kiedy tylko myśl o zagospodarowaniu sypialnianego kąta drabiną zrodziła się w mej głowie, poczułam jak opuszcza mnie UNIKATOWOŚĆ. Wydawało mi się, że jest nam z sobą całkiem dobrze ale tak naprawdę nasz związek był tylko grą pozorów. Przestało się nam układać dawno temu, kiedy zrobiłam sobie ŁAPACZ SNÓW( w myśl zasady: ma dziad i baba, więc i ja mam) i zaczęłam przemalowywać meble na szaro.