Moje mieszkanie w ciągu dwóch miesięcy przeżyło kilka poważniejszych lub mniej poważnych liftingów.
W styczniu zaczęliśmy remont w przedpokoju.
Remont polegał na położeniu warstwy gładzi( chociaż fachowiec mówił, że lepiej położyć nowy tynk, bo ściany będą wtedy prostsze - no ale do diaska blok, w którym jest nasze mieszkanie ma 30 lat, więc lekkie nierówności wcale mi nie przeszkadzają) , zabudowanie kilku rurek i malowanie całości oczywiście na biało.
Remont nadal jest w trakcie...chcemy jeszcze coś zrobić z futrynami...najpewniej wymienić lub może pomalować( w swoim życiu zdzierałam starą farbę z futryny dwa razy: pierwszy i ostatni...znaczy wiem jaka to praca i nie dość, że się ma ręce do kolan to i zapachy przy tej czynności są nie najlepsze).
Remont nadal jest w trakcie...chcemy jeszcze coś zrobić z futrynami...najpewniej wymienić lub może pomalować( w swoim życiu zdzierałam starą farbę z futryny dwa razy: pierwszy i ostatni...znaczy wiem jaka to praca i nie dość, że się ma ręce do kolan to i zapachy przy tej czynności są nie najlepsze).
Na początku lutego zabraliśmy się za kuchnię.
Mamy teraz jasną kuchnię w stylu skandynawskim...niektórzy twierdzą, że laboratoryjnym ;-).
Nie przejmujemy się negatywnymi ocenami naszego wnętrza ( a oczywiście takie są) z dwu powodów: mieszkanie jest nasze i tylko nasze; ile ludzi tyle opinii więc nie wszystkim się dogodzi. Ważne dla nas jest to, że z przyjemnością do domu wracamy i uwielbiamy spędzać w nim czas.
Pokój z dumą nazywany salonem to
także nie za duże pomieszczenie. 16 metrów kwadratowych ( 4 na 4 metry),
a musiało pomieścić kanapę, regał na książki, komodę na wszelkiego rodzaju serwisy porcelanowe( w kuchni nie ma na to miejsca), szafkę pod telewizor, telewizor i sprzęt grający mojego męża oraz stół i 4 krzesła( salon musi pełnić także rolę jadalni)...a i zapomniałabym ponad 30 letnią roślinę.
Dużo to czy mało musicie ocenić sami.
W każdym razie w kwestii sprzętów grających musiałam iść na ustępstwo,
bo żeby spełniały swoją rolę muszą być w określony sposób ustawione( nie pytajcie mnie jak, bo się na tym nie znam ;-)) stąd te przecinki między kolejnymi częściami.
Ale mąż też poszedł na ustępstwa( patrz jedna kolumna wciśnięta w róg pokoju ;-)).
Lubię swoje meble...kiedy kilka lat temu decydowaliśmy się na ich wymianę
wiedzieliśmy, że muszą być to meble drewniane.
Drewno ładnie się starzeje i zawsze można je szybko odnowić,
a poza tym są to z pewnością meble "na lata".
Jeśli chodzi o design wiedziałam,
że muszą być to meble proste w formie,
żeby szybko się nie znudziły i żeby ładnie "zagrały"
z ozdobną lampą.
Zdecydowaliśmy się na meble olejowane, które wbrew obiegowym opiniom niezwykle łatwo utrzymać w czystości...wystarczy przetrzeć wilgotną szmatką ;-),
w każdej chwili można też je odświeżyć i nałożyć nową warstwę oleju.
To, że są to meble z tej samej bajki to jedyna ich "wada"
w każdej chwili można też je odświeżyć i nałożyć nową warstwę oleju.
To, że są to meble z tej samej bajki to jedyna ich "wada"
Odpowiadała nam jej prosta forma i materiał, z którego jest wykonana.
Mamy ją pięć lat i jedyne co mogę jej zarzucić to to,
że skóra na siedzeniach lekko się wytarła...
za jakiś czas pomyślę zapewne o jakimś zdejmowanym pokrowcu, bo na tle jasnych ścian jasna sofa wygląda trochę mdło ;-)...teraz jednak rzucam na nią trochę graficznych poduszek i źle nie jest.
Część z nich zrobiłam samodzielnie przy pomocy stempla, część ufarbowałam.
Oczywiście regularnie czyszczę sofę preparatem do skóry
ale jeśli pojawiłby się zarzut że trzeba czyścić częściej jasną skórę niż skórę ciemną to napiszę,
że każdą trzeba pielęgnować, bo po jakimś czasie każda jest brudna.
Wczoraj zdecydowałam się na nowe hasło, a ponieważ czasu miałam niewiele
to w słowie HAPPINESS popełniłam mały błąd
gdy go odkryłam był już wieczór, dlatego pokazuję Wam zdjęcia "z poprawką".
Przy stole widzicie krzesła, o których pisałam TUTAJ.
Chciałabym je wymienić i tak mi się wydaje, że metalowe byłyby najlepsze...w czerni...nadałyby tej części pokoju charakteru.
Za stołem upchnęłam regał ale na tyle udanie aby swobodnie można było dojść do stołu i siedzieć przy nim.
Magda z bloga WNĘTRZA ZEWNĘTRZA zaoszczędziła mi ogromu pracy, bo myślałam żeby książki obłożyć białym papierem i zrobić czarne napisy.
Ale kiedy zobaczyłam na Instagramie jak poukładała książki u siebie
pokusiłam się i ja o kolorystyczne dopasowanie kolejnych pozycji w regale.
Nie wygląda to u mnie tak ładnie jak u niej,
bo książki u mnie mają raczej bardziej stonowane okładki.
Stół mimo tego, że dość masywny nie przytłacza wnętrza ...to pewnie zasługa jasnego drewna i prostej formy.
W każdym razie spełnia swoją funkcję znakomicie.
Mamy do niego dwie "dostawki",
które wpinamy gdy mają u nas pojawić się goście ;-) przez co wyraźnie zwiększa się powierzchnia
użytkowa stołu.
Na stole kwiaty od męża ale podarowane bez okazji, a nie z powodu 8 marca.
Z nowych rzeczy przybyły w naszym salonie znane i przez wielu lubiane
półki na obrazy.
Mogę teraz do woli eksponować swoje skarby ;-).
Chociaż kiedy je zawiesiliśmy miałam wątpliwości czy kiedykolwiek uda mi się je zapełnić ;-).
Nie da się uniknąć powielania pewnych elementów dekoracyjnych.
To samo znajdziecie u mnie jak i pewnie w wielu polskich mieszkaniach.
Staram się aby nasze mieszkanie było unikalne
ale wprowadzam wyjątkowość we własnoręcznie zrobionych dekoracjach i tekstyliach.
Muszę poświęcić troszkę miejsca kwiatom w naszym otoczeniu.
Osobiście nie bardzo przepadam za kwiatami doniczkowymi.
Po stokroć wolę te cięte.
Wynika to pewnie stąd, że jestem w stanie zasuszyć każdą posiadaną roślinkę...stąd dużo u mnie sukulentów,
które nie wymagają takiej uwagi jak inne gatunki.
Mamy jednak w domu Krotona ponad trzydziestoletniego.
Nikt nie wie dokładnie ile ma lat,
wiadomo jednak, że więcej niż 30.
W warunkach domowych te rośliny osiągają do metra wysokości, nasz ma 160 cm.
Jest to roślina sadzona rękami zmarłej mamy mojego męża
więc darzona niezwykłym sentymentem.
Szczerze to nawet boję się jej dotknąć ;-).
Nie wiecie nawet ile miesięcy zastanawiałam się co zrobić ze stareńką niezbyt efektowną lub niezwykle nieefektowną doniczką,
w której kroton stoi - strach przesadzać ze względów wiadomych.
Wymyśliłam sobie ostatnio demontowaną tekstylną osłonę, która miała nieco przypominać
kosz tekstylny.
I muszę przyznać, że to był strzał w dziesiątkę, bo osłona jest tania i efektowna i zdejmowalna( w dowolnym momencie można ją wrzucić do pralki wystarczy odpiąć rzepy)
( każdy wie, że ostre słońce szkodzi zdjęciom czego dowód macie poniżej)
Zasłony jak i osłonę uszyła mi moja zdolna Mama.
No ale białe zasłony wydawały mi się troszkę nudne więc uciaprałam je na dole czarną farbą do tkanin. Aby dorzucić do pokoju graficznych wzorów chciałabym wymienić jeszcze abażur.
Nie zdążyłam ;-(.
Na parapecie postanowiłam wyeksponować dekoracje i nie mogę się zdecydować(zupełnie jak pogoda) czy lepiej stawiać na wiosenne czy jeszcze zimowe ;-))
Nie jest to wnętrze typowo skandynawskie ale intensywnie pracuję, żeby takie było.
Być może za kilka lat będę z tego wnętrza całkowicie zadowolona.
Znacie mnie już pewnie na tyle dobrze,
że wiecie, że ja nigdy nie bywam do końca zadowolona;-).
Zazdroszczę innym w mieszkaniach przestrzeni,
ale jeśli takowej nie posiadam nie pozostaje mi nic innego jak oswoić to co mam.
Dobrego poniedziałku dla Was i wspaniałego tygodnia.
Nie wiem czy uda mi się w tym tygodniu zamieścić jeszcze jakiś post,
mam jednak nadzieję, że dzisiejsza ilość zdjęć jakoś zrekompensuje Wam moją nieobecność.
W tym tygodniu czeka mnie duży smutek i duża radość,
a w moim przypadku to oznacza morze łez,
bo podobnie na te skrajne uczucia reaguję.
OLA
Część z nich zrobiłam samodzielnie przy pomocy stempla, część ufarbowałam.
Oczywiście regularnie czyszczę sofę preparatem do skóry
ale jeśli pojawiłby się zarzut że trzeba czyścić częściej jasną skórę niż skórę ciemną to napiszę,
że każdą trzeba pielęgnować, bo po jakimś czasie każda jest brudna.
Wczoraj zdecydowałam się na nowe hasło, a ponieważ czasu miałam niewiele
to w słowie HAPPINESS popełniłam mały błąd
gdy go odkryłam był już wieczór, dlatego pokazuję Wam zdjęcia "z poprawką".
Chciałabym je wymienić i tak mi się wydaje, że metalowe byłyby najlepsze...w czerni...nadałyby tej części pokoju charakteru.
Za stołem upchnęłam regał ale na tyle udanie aby swobodnie można było dojść do stołu i siedzieć przy nim.
Ale kiedy zobaczyłam na Instagramie jak poukładała książki u siebie
pokusiłam się i ja o kolorystyczne dopasowanie kolejnych pozycji w regale.
Nie wygląda to u mnie tak ładnie jak u niej,
bo książki u mnie mają raczej bardziej stonowane okładki.
Stół mimo tego, że dość masywny nie przytłacza wnętrza ...to pewnie zasługa jasnego drewna i prostej formy.
W każdym razie spełnia swoją funkcję znakomicie.
Mamy do niego dwie "dostawki",
które wpinamy gdy mają u nas pojawić się goście ;-) przez co wyraźnie zwiększa się powierzchnia
użytkowa stołu.
Na stole kwiaty od męża ale podarowane bez okazji, a nie z powodu 8 marca.
Z nowych rzeczy przybyły w naszym salonie znane i przez wielu lubiane
półki na obrazy.
Mogę teraz do woli eksponować swoje skarby ;-).
Chociaż kiedy je zawiesiliśmy miałam wątpliwości czy kiedykolwiek uda mi się je zapełnić ;-).
Nie da się uniknąć powielania pewnych elementów dekoracyjnych.
To samo znajdziecie u mnie jak i pewnie w wielu polskich mieszkaniach.
Staram się aby nasze mieszkanie było unikalne
ale wprowadzam wyjątkowość we własnoręcznie zrobionych dekoracjach i tekstyliach.
Osobiście nie bardzo przepadam za kwiatami doniczkowymi.
Po stokroć wolę te cięte.
Wynika to pewnie stąd, że jestem w stanie zasuszyć każdą posiadaną roślinkę...stąd dużo u mnie sukulentów,
które nie wymagają takiej uwagi jak inne gatunki.
Mamy jednak w domu Krotona ponad trzydziestoletniego.
Nikt nie wie dokładnie ile ma lat,
wiadomo jednak, że więcej niż 30.
W warunkach domowych te rośliny osiągają do metra wysokości, nasz ma 160 cm.
Jest to roślina sadzona rękami zmarłej mamy mojego męża
więc darzona niezwykłym sentymentem.
Szczerze to nawet boję się jej dotknąć ;-).
Nie wiecie nawet ile miesięcy zastanawiałam się co zrobić ze stareńką niezbyt efektowną lub niezwykle nieefektowną doniczką,
w której kroton stoi - strach przesadzać ze względów wiadomych.
Wymyśliłam sobie ostatnio demontowaną tekstylną osłonę, która miała nieco przypominać
kosz tekstylny.
I muszę przyznać, że to był strzał w dziesiątkę, bo osłona jest tania i efektowna i zdejmowalna( w dowolnym momencie można ją wrzucić do pralki wystarczy odpiąć rzepy)
( każdy wie, że ostre słońce szkodzi zdjęciom czego dowód macie poniżej)
Zasłony jak i osłonę uszyła mi moja zdolna Mama.
No ale białe zasłony wydawały mi się troszkę nudne więc uciaprałam je na dole czarną farbą do tkanin. Aby dorzucić do pokoju graficznych wzorów chciałabym wymienić jeszcze abażur.
Nie zdążyłam ;-(.
Na parapecie postanowiłam wyeksponować dekoracje i nie mogę się zdecydować(zupełnie jak pogoda) czy lepiej stawiać na wiosenne czy jeszcze zimowe ;-))
Nie jest to wnętrze typowo skandynawskie ale intensywnie pracuję, żeby takie było.
Być może za kilka lat będę z tego wnętrza całkowicie zadowolona.
Znacie mnie już pewnie na tyle dobrze,
że wiecie, że ja nigdy nie bywam do końca zadowolona;-).
Zazdroszczę innym w mieszkaniach przestrzeni,
ale jeśli takowej nie posiadam nie pozostaje mi nic innego jak oswoić to co mam.
Dobrego poniedziałku dla Was i wspaniałego tygodnia.
Nie wiem czy uda mi się w tym tygodniu zamieścić jeszcze jakiś post,
mam jednak nadzieję, że dzisiejsza ilość zdjęć jakoś zrekompensuje Wam moją nieobecność.
W tym tygodniu czeka mnie duży smutek i duża radość,
a w moim przypadku to oznacza morze łez,
bo podobnie na te skrajne uczucia reaguję.
OLA