28 sie 2015

PO DRUGIEJ STRONIE OKNA - DONICZKI DIY

Sukcesywnie dopieszczam w mym domu każdy kąt.
A to przestawię kwiatka, a to dokupię lampion, zmienię kolor poszewki.
Tutaj dołożę, tam ujmę...za każdym razem wydaje mi się, że nowsza wersja jest lepsza niż poprzednia, że już nic innego wymyślić nie można.
Do czasu!!! Aż natknę się w prasie, na ulicy w domu koleżanki na coś w moim pojęciu spektakularnego, coś co zainspiruje do działania.
Ręce mam, nogi mam, oczy bez wad mam, gust jakowyś posiadam. 
To co wychodzi spod mych rąk spotyka się z ogólną aprobatą więc chyba można wysunąć wniosek, 
że tkwią we mnie jakieś zdolności manualne.
Można??
Pójdźmy dalej...myślenie, że jestem zdolna przyjemnie łechcze moje ego ;-), nie ma nic fajniejszego niż zacząć dzień od wpatrywania się w lustro ze świadomością własnej wartości.
Koniecznie spróbujcie ;-).

Modelowanie przestrzeni to moja pasja, chwilami dość niepokojąca,
bo nawet na wakacjach nie próżnuję.
Kiedy tylko wchodzę do wynajmowanego wnętrza to zaraz myślę sobie...królestwo za: puszkę farby, trzy ramki i białą narzutę.
Bo fajne efekty MOŻNA osiągnąć  przy niewielkich nakładach finansowych.

Od kilku dni mój parapet w dużym pokoju ( czasem z rozpędu nazywamy go salonem) wygląda ciekawiej. Wszystko za sprawą nowych roślinek i osłonek, w których te roślinki się znajdują.
Roślinki to sukulenty.
Nie mam ręki do kwiatów (chociaż mój balkon pokazuje coś innego ale to tylko wyjątek potwierdzający regułę) więc tylko  te roślinki są w stanie przetrwać moje zapominalstwo.


Kiedyś bawiliśmy się z Frankiem w malowanie porcelany. Co z tego wyszło możecie zobaczyć TUTAJ. Minęło kilka miesięcy, a ja znów zapragnęłam coś zmalować...za sprawą doniczki z buźką marki FOR.REST.
A ponieważ jestem zdolna niesłychanie ;-) to nie może mi nie wyjść.
Nie może też nie wyjść, bo postanowiłam wymalować wzory maksymalnie uproszczone...chyba nawet prostsze od tych proponowanych przez FOR.REST.
Kilka kresek, a o ile przyjemniej patrzeć na te wyrażające emocje buźki niż na biała porcelanową taflę.

Przy "projektowaniu" buziek też było sporo fanu, bo to wcale nie jest łatwo umieścić
tak: krzyżyk, kreseczkę, trójkąt; żeby twarz jakoś wyglądała.
O wiele łatwiej projektuje się się facecią faciatę, babeczki jakoś mi nie leżą ;-).
Przygotowałam kilka wzorów, a wybrałam dwa spośród nich.

Do stworzenia malunku potrzebujemy:
porcelanowej doniczki...ja postanowiłam wymalować dwie...pękatą przypisałam kobitce, pociągłą facecikowi.
pisaka do porcelany
projektu "buźki"
wiary we własne siły ;-)

Przy okazji ostatniego projektu korzystałam z innych pisaków. Te, które wykorzystałam teraz są równie dobre i mogę je polecić z całą odpowiedzialnością.
Ponieważ występują w różnych kolorach, każdy może stworzyć wzór jaki mu się żywnie podoba.


Malowanie na przedmiotach obłych wcale nie jest łatwe...ja to robię na łóżku...
w pozycji...cóż dosyć dziwnej...udami unieruchamiam przedmiot i przystępuję do pracy ;-).
A z malowaniem było zupełnie odwrotnie niż z projektowaniem...
babeczka powstała raz dwa, a z facetem problem(jak to w życiu ;-)).
Ile ja się namazałam tej męskiej gęby...jak wyszedł nos to nie wyszło oko...albo też marzył mi się inny wyraz twarzy niż ten, który uzyskiwałam.

Oto moja porcelanowa parka tuż po wygrzaniu w piekarniku.
Hrabina i ...no właśnie.
Jak GO nazwać??


Przez kilka ostatnich tygodni gromadziłam sukulenty...wkładałam tak jak przynosiłam ( czyli w paskudnej sraczkowatej plastikowej osłonce) w większe białe porcelanowe osłonki, stawiałam na parapecie.
Myślałam, że szybko przesadzę ale czas mijał, a u mnie chęci brak. 
W minioną niedzielę wizyta w jednym z marketów budowlanych zaowocowała nabyciem dwu worków ziemi i keramzytu.
Mieszkanie mamy niewielkie, siata z dobrami gawędziła w  przedpokoju, przekładałam  ją z miejsca na miejsce więc dla "spokojności" trzeba było dobra szybko spożytkować ;-).




Trzeba sobie troszkę rączki pobrudzić...ale efekt rekompensuje wszystko.


Tutaj ufryzowana twarz ze sklepu FOR.REST. Fryzura nieco niesymetryczna...nie wiem czy w zgodzie z obowiązującymi trendami ;).


Wybór fryzur dla buźkowych doniczek własnej produkcji to też sprawa niełatwa.
Ostatecznie zdecydowałam się na taki układ.
Burza loków dla Hrabiny i irokez dla mojego porcelanowego mężczyzny.


Cały parapet wygląda teraz tak, a ja marzę żeby wcisnąć  jeszcze ze dwa kaktusy w jakiś graficznym lub metalowych osłonkach.
Wtedy już będzie całkiem po mojemu: ciasno i zielono ;-).


Miłego dnia dla Was i pięknego weekendu.

OLA

SHARE:

25 sie 2015

WYPRAWKA DLA TRZECIOKLASISTY

Rozpoczęcie roku szkolnego zbliża się wielkimi krokami.
Chociaż to będzie trzeci rok Franka w szkole to wraz z upływem wakacji wzrasta u mnie poziom stresu.
 F. nie sprawia kłopotów wychowawczych i radzi sobie w szkole świetnie
nie mogę jednak pozbyć się wrażenie, że w nadchodzącym roku coś pójdzie nie tak.
Zresztą co roku mam te same obawy ;-).
Tak mnie pochłaniają te szkolne przygotowania, że cały sierpień blog leży odłogiem.
Dzisiaj także nic wnętrzarskiego nie mam Wam do zaproponowania więc jeśli ktoś spragniony tylko takich klimatów dzisiejszy post w żadnym stopniu go nie zadowoli.
Ale na osłodę zamieszczam zdjęcie pokoju Franka z czarnym kaloryferem, o którym zapomniałam w TYM poście...o tak to teraz wygląda...


Kilka dni temu skompletowaliśmy szkolną wyprawkę.
Kupujemy absolutne minimum.
Teraz nie robimy zapasów ( chociaż przy pierwszej wyprawce popełniliśmy taki błąd),a jeśli już jest to racjonalna, nadprogramowa ilość.
Po pierwsze dlatego, że kiedy w sklepie wszystko jest na wyciągnięcie ręki nie ma sensu tego robić.
I też dlatego, że u nas zapasowe zeszyty zwykle zamieniały się w brudnopisy z zapisanymi pojedynczymi kartkami,
a zapasowe gumki i ołówki  niezwykle często gubią.
Kiedy F. chowa rzeczy tak, żeby było wiadomo gdzie są to możecie być pewni, że za jakiś czas nikt ich nie znajdzie...nawet on sam.
W ten sposób w zeszłym roku ciągle kupowaliśmy naboje do pióra ;-).

Warto zainwestować w dobrej jakości wyposażenie piórnika.
W sklepach można kupić pióra wieczne już od 6 zł - z  własnego doświadczenia wiemy, że nie są one najlepszej jakości - stalówki szybko się krzywią, a i sama jakość wykonania nie jest najlepsza.
My korzystamy z pióra marki Herlitz: My pen, które ma ergonomiczny kształt i jest niezwykle wygodne dla małych rączek...za takie trzeba zapłacić od 19 do 28 zł, a za te z limitowanej serii około 40 zł.


Dobrej jakości ołówki i kredki też są niezbędne. Tańsze produkty często mają połamane grafity, czego nie można stwierdzić naocznie. Przeżywałam raz koszmar strugania takich kredek więc doskonale wiem o czym piszę.
Nie życzę nikomu.
Medal dla tego, kto na rysunku dojrzy YODĘ ;-)



Przeróżne firmy kuszą piórnikami z wyposażeniem...my jednak nie zdecydowaliśmy się na wybór takiego piórnika. Mamy klasyczną saszetkę, zasuwaną na zamek. Postawiliśmy tym samym na wygodę. Franek z łatwością wyciąga z niej przybory nie tracąc czasu na umieszczanie ich w gumeczkach wewnętrznego segregatora.
Taki piórnik wybraliśmy przy kompletowaniu pierwszej wyprawki,
a i teraz Franek nie chciał nic innego.
Piórniki z wyposażeniem mają według mnie jeszcze jeden feler.
To "wyposażenie" często bywa wątpliwej jakości.

Każdy z rodziców kiedy jego pociecha idzie do szkoły staje przed wyborem odpowiedniego tornistra lub plecaka dla swojego dziecka.
My zainwestowaliśmy w tornister Hama marki Step by step - koszt tornistra około 280 zł (można kupić go w zestawie z gadżetami szkolnymi( mi. piórnik z wyposażeniem, piórnik saszetka, worek, portfel))...cena może wydawać się wygórowana ale uważam, że jest to produkt warty każdej wydanej złotówki.
Franek będzie w nim nosił książki trzeci rok, a tornister nadal jest w bardzo dobrym stanie.
Całość wykonana jest z materiału, który można ławo czyścić.
Kiedy mamy do czynienie z pierwszoklasistą wszystko może się zdarzyć.
Nasz siedmiolatek przyniósł raz w tornistrze buraczki z obiadu...myślał, że w zamkniętym plastikowym opakowaniu. Jak się jednak okazało było zupełnie inaczej.
Buraczki zostawiły "krwawy" ślad na zeszytach, książkach i oczywiście na całym wnętrzu plecaka. Plamy zeszły po przetarciu materiału czystą wodą.
Uwielbiam te genialne zamki, dużą ilość kieszonek, odblaski, wzmocnione plecy i szelki...mogłabym wyliczać zalety.




 Pewnie za rok zdecydujemy się sprzedać tornister na aukcji internetowej,
a ponieważ tornistry te cieszą się dużym powodzeniem ( także używane) odzyskamy część zainwestowanej kwoty.
Jedyne do czego mogę się przyczepić to waga tornistra.
Jest nieco cięższy niż popularne modele Herlitz -
co przy wadze książek, zeszytów, piórnika i wszystkich rzeczy, które dziecko musi codziennie nosić ma niebagatelne znaczenie.
Franek jest drobnym chłopcem więc ten tornister tak naprawdę był na niego "dobry" dopiero w połowie pierwszej klasy. 

W ciągu roku korzystamy z pakietu książek TROPICIELE.
Podoba mi się w nich to, że książka podzielona jest na pięć części, każda z części do przerobienia w dwa miesiące. Dzięki temu zamiast jednego opasłego tomiska dziecko może do szkoły zabierać cieniutkie zeszyty.

 
Wszystkie książki i zeszyty warto oprawić i opisać.
Maluchy bywają bardzo roztargnione, nie raz znajdowałam rzeczy F. w wielu miejscach szkoły.
Zdarzyło się także, że starszy kolega przyniósł Frankowi kilka rzeczy tylko dlatego, że wiedział do kogo należą.
Opisywanie książek i zeszytów to była dla Franka wspaniała zabawa. Kiedy raz po raz musiał poprawiać klasę z 
2B na 3B śmialiśmy się do rozpuku ;-).

Nie lubię szkoły...nigdy za nią nie przepadałam i chociaż nie muszę już do niej chodzić to moje uczucia względem niej od lat pozostają niezmienne.
Wiem, że z Frankiem jest inaczej, że lubi spędzać czas w szkole i bardzo się cieszy na wrzesień.
Zobaczy swoją panią, kolegów, będzie się świetnie bawił na świetlicy i wracał uśmiechnięty do domu.
We  tym wrześniu i ja pokładam nadzieję.
Mam nadzieję, że uda mi się wrócić na właściwe tory i wygospodarować czas także na moje drugie dziecko ;-), a mianowicie na blog.
Czy i Was pochłaniają szkolne przygotowania ??

OLA


SHARE:

18 sie 2015

POWROTY SĄ FAJNE

Wróciłam!!!
Mój dom to bezpieczny port i czuję się nieswojo kiedy muszę go zostawić na dłużej.
Mam za kim i za czym tęsknić więc dwa tygodnie to wystarczający czas aby wracać do domu z przyjemnością.
Dom to mój świat, mój spokój i moje bezpieczeństwo.
Dlatego dla mnie powroty są fajne ;-).
Jeszcze dwa tygodnie temu bardzo się cieszyłam z wyjazdu ale teraz o tysiąc razy bardziej cieszę się,
że wracam. 






Jeśli kiedyś zawędrujecie do Węgier odwiedźcie półwysep Tihany.
Przepiękne krajobrazy, zabytki, malownicze miasteczka i wszechobecny zapach lawendy - tego możecie się tutaj spodziewać.
Z racji moich wnętrzarskich zainteresowań nie mogłam przejść obojętnie obok wytwarzanej tutaj ceramiki.
Tylu wzorów i kolorów nie spotkałam nigdzie indziej.
Niebieskości, zielenie, biele i czerwienie...tradycyjne wzory węgierskie i te tworzone dla przyjezdnych (kropki, kwiatki, gwiazdki)...wszystko w niezwykle atrakcyjnych cenach: kubeczki po 8 zł, maselniczki po 12 zł, dzbanki po 25 zł.
Wiekowe wiejskie domy kryte strzechą skrywają mnóstwo ceramicznych skarbów, a każdy z pewnością znajdzie tutaj coś dla siebie.










Węgry odwiedziliśmy po raz czwarty.
 Lubimy: zielone wzgórza poprzecinane winnicami, stare zamki i wszechobecny klimat retro. Małe wioski, malownicze miasteczka  i domy zagubione wśród wzgórz -  tego szukamy . Wielkich, turystycznych atrakcji  gdzie wszyscy depczą sobie po piętach unikamy jak ognia.
To nie nasz sposób na odpoczynek, nie nasz sposób na wakacje. 
Każdy jednak musi znaleźć swój patent na Węgry. 
Taki, który pozwoli dostrzec zalety tego kraju.
I chociaż brak tutaj pięknych plaż i krystalicznie czystej wody
lubimy tu wracać i chłonąć specyficzną atmosferę.

Nawet nie wiecie jak ciężko pisze się pierwszy post po powrocie.
Miłego dnia dla Was i pięknego tygodnia.

Ola
SHARE:

31 lip 2015

ZMIANY W POKOJU FRANKA

Odliczam dni do wakacji. Został tylko piątek, ale spakowane walizki od poniedziałku "gawędzą" w przedpokoju ;-).
Wyruszamy jutro o świcie, przed nami dziewięciogodzinna podróż i będziemy mogli zapomnieć o trudach dnia codziennego i  poddać się błogiemu lenistwu.
Jestem zmęczona...za dużo nieplanowanych remontów zrobiłam w ciągu ostatniego miesiąca,
niedobór snu daje we znaki
I chociaż zmiany to mój żywioł muszę się zregenerować - po powrocie z wakacji znów coś " zmaluję", a właściwie pomaluję ( w mieszkaniu mojej mamy został do odnowienia jeden pokój) i mam nadzieję, że będę to robić z przyjemnością.

Przedstawiam Wam  odświeżony  pokój mojego dziecka.
Pomalowane ściany, przemalowany kaloryfer, który według mnie teraz zdobi, a nie szpeci, pomalowane łóżko ( jak się przyjrzycie to jego odcień jest żółty - Franek nie zgodził się na intensywną żółć tylko na delikatną wersję tego koloru).
Większość rzeczy doskonale Wam znana.
Naprawdę niewiele się tutaj zmieniło, bo nie widzę powodu aby zmieniać coś,  co cieszy oczy i sprawdza się pod względem praktycznym.
Zachowałam więc kształt kącika z biurkiem, bo jestem z niego bardzo zadowolona, antresola pozostała w tym samym miejscu, bo jest to jedyne możliwe ustawienie.
Tak naprawdę tylko komoda i regalik są nowe.






Wiszące sosnowe półki w pokoju mojego Synka już od dawna kuły w oczy.
Nie polecam nikomu robienia półek na książki z marketowej sosnowej klejonki. Tania sosnowa deska podczas malowania lazurą zrobiła się szorstka i starcie z niej kurzu graniczyło z cudem, półki po krótkim czasie zaczęły się odkształcać.
Pod względem praktycznym  i estetycznym porażka.
Spisałam na kartce moje wymagania co do mebla idealnego, który chciałabym postawić w tym miejscu i wyszło mi że CHCĘ:
czegoś praktycznego ;
niewielkiego, żeby nie zdominowało malutkiej przestrzeni;
 z drewna naturalnego  i stali, bo industrialne meble szalenie mi się podobają i czegoś co
odpowiadałoby mojemu poczuciu estetyki w 100%
( jestem małym zboczeńcem jeśli chodzi o precyzję wykonania ;-)).

Regał pochodzi z pracowni TIMBER CRAFT,
z malutkiej firmy zrodzonej z miłości do drewna.
Urzekła mnie jej historia.
Mąż Piotr ma hobby: robi meble z drewna. Jest perfekcjonistą
więc swoje "twory" ukrywa przed całym światem uważając, że nie są dość dobre.
Po roku pracy w ukryciu zdradza swą tajemnicę żonie Agnieszce,
 i to właśnie ona postanawia pokazać prace męża światu i stworzyć miejsce spełniające marzenia innych.
Z Piotrem trochę jak ze mną, przez blisko rok moją blogową działalność trzymałam w tajemnicy.
Ale kiedy znalazłam się w rubryce HIPERBLOG magazynu CZAS NA WNĘTRZE trzeba było w istnieje bloga wtajemniczyć i mojego W. Trochę się obawiałam,
że jakiś znajomy zrobi to przede mną, a to by było faux-pas.

 Na facebookowym profilu pracowni TUTAJ Agnieszka napisała,
że regał powstał według mojego projektu.
Nie mogę się z tym zgodzić, bo odręczny rysunek z moją wizją regału według mnie nie można nazywać projektem.

To była moja inspiracja:
www.urbanoutfitters.com

Piotr zwymiarował mój regalik, zadbał o to aby był proporcjonalny i funkcjonalny
a ja ograniczyłam się do wyboru wybarwienia stali i materiału na półki.
Piotr ma ogromny talent: musicie uwierzyć w precyzję wykonania, bo w przeciwieństwie do urody mebla żadne zdjęcie jej nie odda.
Codziennie gładzę jesionowe dechy, studiuję rysunek słojów, podziwiam perfekcję spawów i normalnie cieszę się jak dziecko, że taki mebel znalazł swoje miejsce w naszym domu.






Ideałem byłoby nie zapełniać go książkami i położyć na nim zaledwie kilka dekoracji dla podkreślenia jego uroku ale malutka przestrzeń rządzi się swoimi prawami,
a regalik to jedno z dwu miejsc na skarby naszego Synka.



Drugą nowością w pokoju jest komoda ze szwedzkiej sieciówki.
Tym razem postawiłam na białe wybarwienie i pod antresolą zrobiło się jaśniej.
Kilka naklejek i mamy jej spersonikowaną wersję.
Komoda sprawdza się doskonale, a w niej...no cóż...
KLOCKI, KLOCKI i KLOCKI.
Część z nich Franek otrzymał w spadku po tatusiu
ale znakomitej części kolekcji dorobił się samodzielnie ;-).


Jak to w dziecięcym pokoju i u nas nie brak dziecięcych dzieł. Paddington to nasz ulubiony miś,
Franek malował go kiedy miał sześć lat.


Kiedy wchodzisz do pokoju Franka nie możesz zapomnieć o jednym:
o uśmiechu...więc uśmiech proszę ;-).


Zastanawiam się jeszcze nad odpowiednią lampą do tego pokoju.
Myślałam, że znalazłam idealną ale niestety po zastanowieniu doszłam do wniosku,
że nie jest to przysłowiowy " strzał w 10"
Potrzebuję lamy, która daje sporo światła, bo pokój jest mały i takiej, która nawiązywałaby wyglądem do industrialnych klimatów.
Jeśli wpadnie Wam kiedyś coś takiego w oko, natychmiast dajcie znać ;-)


Moi drodzy, żegnam się z Wami na ponad dwa tygodnie
więc wspaniałego sierpnia dla Was i pięknego nadchodzącego weekendu.

OLA

Zapomniałam o najważniejszym zdjęciu z grzejnikiem...wybaczcie ale w głowie mi teraz tylko WAKACJE ;-)
SHARE:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
© O Zebrze - blog lifestylowy - wnętrza, inspiracje, DIY. All rights reserved.
BLOGGER TEMPLATE DESIGNED BY pipdig