13 maj 2015

ZABAWA Z H&M HOME

Chciałam sobie urządzić kolorowe gniazdko na balkonie.
Nie wiem, co mnie podkusiło!! 
Może przez wiosnę, może przez częste wizyty w Chatce.
Zaszaleć  chciałam i w mieście.
Zamówiłam w H&M HOME   kilka gadżetów w turkusowym kolorze, rozjaśnionym nieco, żeby po oczach za bardzo nie "dawał.
Cieszyłam się jak dziecko snując rozważania na temat nowego kolorowego looku balkonowej powierzchni.
Ale zanim jeszcze zamówione rzeczy do mnie przyjechały zaczęłam mieć wątpliwości.
A już kiedy odbierałam paczkę stwierdziłam,
że nie chcę kolorów wcale , bo lubię te moje czarno białe miejskie wnętrza i mocno rozgraniczam asortyment dwu domów.
Jak kolor w mieszkaniu to tylko biel, czerń, brąz, szarości i...no dobrze żółty ale w małych ilościach.
Na wsi odpoczywam od braku kolorów, w mieście od ich  nadmiaru.





W związku z tym, że kolor nie przypadł mi do gustu chociaż w szacie graficznej bloga występuje mam dla Was dzisiaj małą  zabawę.
Jeśli ktoś chętny na ściereczkę, poduszkę( wymiar 30x50, aksamit) i lampionik marki H&M HOME
w iście letnim  kolorze bardzo proszę o pozostawienie pod postem komentarza
wyrażającego chęć uczestnictwa w zabawie
i odpowiedzi na pytanie:
" Z czym kojarzy Ci się kolor turkusowy??"






Bawimy się do 20 maja.
Bardzo proszę o udostępnienie informacji o konkursie na swoim blogu( jeśli takowy posiadacie z linkiem do tego posta)
i jeśli macie ochotę o dodanie mojej strony do "obserwowanych".
Osoby anonimowe także bawią się z nami.



Zwycięzcę wybiorę  21 maja.

W aranżacji wykorzystano:
-turkusowy lampion, ściereczka i poduszka - H&M HOME
plakat - LEMON DUCKY
ocynkowane literki W, O - DECOROLKA
pościel, poduszki czarno białe - IKEA
łapacz snów - własne DIY TUTAJ

Udanego dnia dla Was ;-)

OLA
SHARE:

11 maj 2015

W STARYM DOMU

Dom to nie tylko: fundamenty, ściany, okna, dach, wewnętrzna przestrzeń dzielona na pomieszczenia.
To wszystko to, co przez lata decydujemy się w tych pomieszczeniach umieścić, 
a co sprawia, że czujemy się  w nich dobrze i chętnie spędzamy w nich czas.
Nasz letni dom jest stary więc i duszę ma starą.
Przez lata znalazły tutaj swoje miejsce pamiątki po bliskich.
Przede wszystkim mnóstwo zdjęć i dokumentów, 
ale także biżuteria, sztućce, porcelana, rzeczy osobistego użytku, skarby z wiekowej apteczki 
i wiele innych.
Wszystko na widoku.
Nie chowamy ich po szufladach, 
bo przyjemnie jest czytać książkę, 
którą miał w biblioteczce  pradziadek,
sączyć wino z kieliszków po babci, 
patrzeć na obrazy przywiezione 
 do Chatki z Przemyśla
( z dawnego mieszkania dziadków).
Fajnie zrobić bukieciki w starych bańkach, 
zjeść deser stuletnią łyżeczką,
poczytać jakie dziadek miał oceny w indeksie 
i zobaczyć jakie prababcia robiła smakołyki na święta.
Obcowanie z pamiątkami sprawia nam przyjemność.

 Naprawdę miły weekend spędziłam w Chatce.
Oglądaliśmy z mężem stare zdjęcia
i niemal każde z nich było okraszone ciekawą anegdotką z przeszłości.
Było dużo śmiechu i emocji.
A jeśli jesteście ciekawi z czym "obcujemy" w weekendy 
mam dla Was kilka ujęć naszych "skarbów".
Tylko mały ich fragment, 
bo żeby udokumentować wszystko 
musiałabym mieć kilka tygodni wolnego.
Prawdziwa gratka dla miłośników retro klimatów ;-).
Mój świat równoległy, alternatywna dla bardzo graficznego miejskiego domu.
Miłego oglądania!






W weekend  nieco ogarnęliśmy działkę, bo trawa wyrosła nam do kolan.
Zostawiliśmy gdzieniegdzie kępy niezapominajek, bo przecież niebieski to taki nasz domowy kolor, 
a poza tym to jedne z naszych ulubionych wiosennych kwiatów.
Oto jabłoń, która co roku płata mi figle.
O mały włos i tym razem by się jej udało.
Uwierzycie, że kiedy wczoraj wyjeżdżaliśmy z Chatki
na drzewie było tylko kilka kwiatów??


Udanego dnia dla Was i wspaniałego początku tygodnia.

OLA
SHARE:

8 maj 2015

CZYTELNICZY PROBLEM

Mamy w domu dużo książek.
Sporo starych wydań i naprawdę dużo nowości.
Jesteśmy rodziną czytającą, a w zasadzie żoną i mężem, którzy lubią czytać.
Za to Syn...no jakiś z innej bajki.
Ósmy krasnoludek i czwarta  świnka w jednym.

Książeczki Franek "oglądał" odkąd miał kilka miesięcy, z czasem łapał nazwy rzeczy przedstawionych na ilustracjach, szybciutko odszukiwał nazwane przedmioty w książeczkach
Potem kupowaliśmy książeczki z krótkim tekstem lub ewentualnie dzielone na rozdziały.
Ulubioną książką dwuletniego Frania była : "Wielka księga przygód Reksia"
Prawie trzyletni Franek pokochał "Pana Kuleczkę" i niesforną kaczkę Katastrofę.
Czytaliśmy Frankowi na dobranoc, czytaliśmy w ciągu dnia, czytaliśmy bardzo dużo.
"Pinokio", "Don Kichot", "Witaj Karolciu", "Moja Mama Czarodziejka", "O czterech warszawskich pstroczkach", "Dzieci z Bullerbyn", "Filonek Bezogonek", "Rogaś z doliny Roztoki" i wiele innych przeczytaliśmy do czwartych urodzin Franka.
W piątym roku życia zapałał miłością do opowieści strasznych ( zdecydowanie ma to po mnie):
"Ronję córkę zbójnika" czytaliśmy trzy razy, "Hobbita" dwa, kilka razy przebrnęliśmy przez wszystkie tomy "Harryego Pottera"
W literaturę "ciężką" wplatałam utwory Grzegorza Kasdepke.
Przy "Z piaskownicy w świat" Franek ryczał ze śmiechu, "Detektywa Pozytywkę" mamy w małym palcu. Chętnie staliśmy się częścią "Drużyny Pani Miłki".
Uwielbiał słuchać więc wydawało mi się, że kiedy nadejdzie jego czas to w sposób naturalny pokocha czytanie.
 
Zagonić moje dziecko do czytania to nie lada wyzwanie.
Gdy tylko pada hasło:"Czytamy" Franek zaczyna "czarować".
A czaruś z niego wyjątkowy.
Jak na zawołanie pojawiają się wizje kolejnych "nie cierpiące zwłoki" zajęć.
A to musi pokój musi posprzątać ( perfekcyjny pan domu), 
a to sobie przypomni o zadaniu na najbliższą środę ( do godziny 0 kilka dni, a on zwykle zostawia wszystko na ostatnią chwilę), 
a to jest zmęczony i musi się przespać ( a trzy minuty wcześniej działał na baterii Energizera).
Jego intencje są dla mnie jasne.
On wie, że ja wiem, a mimo to koncertowo gra na moich emocjach,
świadomie i z premedytacją testuje moją wytrzymałość.
 
Będziesz czytał?? - pytam
Nie!!! -odpowiada
A dlaczego???..."Bo nie i już"
Nerw mnie wtedy łapie i mam ochotę zamordować własne dziecko.
Żeby nie wybuchnąć zaczynam liczyć do 10.
1...2...3...
"Chodzisz do szkoły i codzienne czytanie to Twój obowiązek, Pani prosiła ( tutaj odwołuję się do autorytetów) żebyście czytali"
" Nie zmusisz mnie!!!" - on na to.
...4...5...6
Próba sił to coś co "uwielbiam".

Moja determinacja żeby F. czytał jest równie mocna, co jego do czytania niechęć.
Negocjujemy. 
Proponuję więc: "Zrobimy listę jak będziesz ładnie czytał przez miesiąc to Ci coś kupię albo zrobimy sobie jakąś fajną wycieczkę" 
Wydaje się, że złapał przynętę: "A jaką wycieczkę??"
"Pojedziemy do zoo, albo do centrum wspinaczkowego...albo do parku dinozaurów"
"Nuda...Byłem w przedszkolu, a potem w pierwszej klasie jeszcze...nie czytam"
"To może Ty coś wymyślisz....może gdzieś chciałbyś pójść??" - drążę temat dalej.
"Wiesz co mama...posiedzę w domu i nie będę czytał"
Zmora dzisiejszych czasów...dzieci wiedzą wszystko i były już wszędzie, 
jak rodzic ma zaproponować dziecku fajny sposób spędzania wolnego czasu skoro nic już nie jest atrakcyjne - no może wyjazd do Legolandu lub Disneylandu byłby ;-).
Więc jak nie prośbą to groźbą.
"Będziesz czytał i tyle, będziesz czytał, bo jak tak mówię. A jak nie, to nie pozwolę Ci oglądać telewizji przez tydzień"
No i mamy ryk i czuję się okropnie, bo po raz kolejny poniosłam rodzicielską porażkę,
a liczenie mogę sobie wsadzić.




Zapisaliśmy się nawet  do biblioteki publicznej, Franek ma swoją kartę, sam wybiera książki dla siebie.
Kiedy docieramy do domu, wszystkie, bez wyjątku lądują w kącie.
Nie ograniczam się jedynie do wypożyczania, dużo książek kupuję.
W księgarniach jak sami wiecie jest naprawdę spory wybór ;-).
Franek z książką to niezwykle rzadki widok.
Jeśli zdarzy mi "przyłapać" go z jakimś wydaniem to najczęściej ogląda książkowe ilustracje.
Wbrew samej sobie nabyłam "głupkowate" wydania książek LEGO NINJAGO i CHIMY.
Wszystko po to, żeby zachęcić go do czytania.
 Okazało się, że w kręgu zainteresowań Franka są wyłącznie klocki LEGO z tej serii.
 


Podzieliłam się ostatnio swoją frustracją ze moją mamą.
A ona mi na to: " Ty też nie chciałaś czytać!! Co ja miałam z Tobą problemów!!!
Niedaleko pada jabłko od jabłoni ;-).

Pozostaje mi chyba czekać spokojnie  na moment kiedy Franek i książka
nie będą to dwa wykluczające się elementy ;-).
A może macie jakieś czarodziejskie sposoby na to aby zachęcić dziecko do czytania
i zechcecie się tutaj nimi ze mną podzielić??


Udanego dnia dla Was.

OLA

SHARE:

5 maj 2015

MY IB LAURSEN CERAMICS

Nie jest łatwo negocjować z dzieckiem.
Franek często miewa "swoje plany" odmienne od naszych.
A w wieku jest już takim, że wypada brać jego zdanie pod uwagę.
Niechętnie,  aczkolwiek właśnie to uczyniliśmy w czwartkowy wieczór.
Przełożyliśmy nasz wyjazd do Chatki na piątkowy poranek:
gniliśmy przed tiwi podczas gdy nasz niemal dziewięciolatek "balował" u kolegi ;-).
Niech rękę do góry podniesie ten, u kogo w piątek rano była ładna pogoda ;-).
W Krakowie niebo zasnute chmurami i temperatura nieprzekraczająca dwunastu stopni -
wymarzona aura na majówkę nieprawdaż??
Spakowaliśmy polary, kurtki, rajtki, kalesony,ciepłe skarpetki, kalosze i ruszyliśmy.
Po stokroć wolę brodzić w deszczu po trawie i grzać się przy piecach niż gnić w mieście.
Chociaż mieszkanie swe uwielbiam to 
każda okazja dobra, żeby "wybyć" z zasmrodzonego Krakowa,
a trzy dni wolnego nie zdarza się przecież codziennie.

Mamy pod domem dwie zgrabne jabłonie, a obsypane kwieciem są wprost urocze.
Tak bardzo nie chciałam przegapić ich kwitnienia, że przed wyjazdem do naszego domu
mogłoby mnie powstrzymać chyba tylko trzęsienie ziemi.
Jabłonie to niezłe trzpiotki,  uwielbiają płatać psikusy.
Przez dwa kolejne lata ich pąki rozwitały w ciągu tygodnia,
a kiedy przyjeżdżaliśmy w sobotę było już "po kwiatach".
Tym razem było jednak za wcześnie.
Pąki mnie jednak nie rozczarowały, a ponieważ mam w zwyczaju wszystkie Chatkowe kwiaty uwieczniać na zdjęciach to tym razem nie mogło być inaczej.

 Piątek spędziliśmy na krótkich spacerach wokół domu,
piszczoszeniu kota,
łażeniu po kałużach
ale było tak zimno
,że głównie siedzieliśmy w domu przy piecach.
I to siedzenie i leżenie pod kocami też lubię.
Bo kto by ich nie lubił ;-).

 Poprzyglądałam się ścianom w pokojach; starej maszynie, która czeka na renowację; przedpokojowi, w którym rozgrzebałam jeden projekt i doszłam szybko do wniosku,
że chyba nie podołam tym wszystkim wyzwaniom.
A skoro nie podołam to z chęcią wrócę do łóżka, co też niezwłocznie uczyniłam.
Cały piątek oddawałam się błogiemu lenistwu.
W sobotę pogoda zaczęła się wyraźnie poprawiać.
Odnoszę wrażenie, że działam na energię słoneczną.
Nie ma znaczenia jak bardzo bym była zniechęcona kiedy tylko pojawia się słońce
wstępują we mnie nadludzkie siły.
Więc żeby nie uznać weekendu za całkowicie stracony( w sensie pracy, a nie odpoczynku)
postanowiłam podołać wyzwaniu, które spędzało mi sen z oczu.

Kiedy Magda  właścicielka sklepu MILE MAISON zapytała mnie czy nie chciałabym sfotografować 
w swej Chatce kilku rzeczy z nowej kolekcji IB LAURSEN z serii MYNTE CORNFLOWER
nie mogłam się nie zgodzić.
Po pierwsze dlatego, że z Magdą "znamy się" wirtualnie od ponad roku ( a raczej prawie dwa lata)
i chyba nie będzie przesadą jeśli napiszę, że się lubimy.
Nie będzie( to pytanie kieruję do Pani M.)?
Kibicowałam jej kiedy powstawał jej sklep, a ona wspierałam mnie dobrym słowem 
przy każdej chatkowej metamorfozie.
Po drugie dlatego, że nowa seria  IB LAURSEN ma kolor niebieski, taki jego odcień, któremu nie jestem się w stanie oprzeć ( a o kolorze niebieskim pisałam co nieco w poprzednim poście)
 Szaleństwem byłoby się upierać, że duńska marka tworzy rzeczy specjalnie dla mnie.
Ale czyż nie?? :-)
Przeleciałam po domu z dzbankiem w ręce i okazało się, 
że pasuje do każdego pomieszczenia.
A ponieważ lubimy celebrować posiłki 
zdecydowałam się zrobić małą "sesję" w kuchni.
Zdjęcia trwały dwie godziny, a potem w przyjemnej atmosferze zeżarliśmy ciacha;-).
Nie marzyłam o piękniejszym zakończeniu dnia.





 Najbardziej w tej ceramice podoba mi się to, że można ją pięknie łączyć z inną ceramiką tego producenta  ale także z naczyniami współczesnymi i takimi z duszą.
Stare moździerze, kanki na mleko, gliniane beczułki - wszystko to bardzo zyskuje w jej otoczeniu.
Ja pokazuję wam aranżację naczyń w starej chałupie ale na wielu blogach
zobaczycie je w kuchniach bardziej współczesnych.





I pewnie tego dnia zdjęcie niezapominajek w kubeczku byłoby ostatnim ale 
na zewnątrz zrobiło się bardzo przyjemnie i tam właśnie przeniosłam się z aparatem.

Krótka chwila i powstała kolejna aranżacja, 
tym razem "starocie" zdominowały zdjęcia.
 Kiedy wszystko poustawiałam za siatką pojawił się sąsiad, który dokładnie się wszystkiemu przyglądał.
No był stres ;-).
 Nie spodziewam się, że za tydzień wszyscy na naszej wsi będą rozkładać aranżacje na łąkach ale na przykład dwadzieścia lat temu, kiedy rodzice mojego męża przywieźli na wieś grill ogrodowy
w kilka tygodni później takowe pojawiły się w całej okolicy ;-).

Oto szerszy kadr, bo chciałam Wam pokazać niekoszoną łąkę
pełną mleczy i niezapominajek.
W górnej części zdjęcia pączki jabłoni i odrobina naszego wiejskiego domu.
Tak mi się krzesło pod jabłonią spodobało, że teraz szukam starej wiejskiej ławki,
która mogłaby stać w tym miejscu na stałe.






Mam nadzieję, że zdjęcia Wam się spodobały i 
wirtualnie przenieśliście się do naszej Chatki.
Udanego dnia dla Was i pięknego tygodnia.

OLA

SHARE:
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
© O Zebrze - blog lifestylowy - wnętrza, inspiracje, DIY. All rights reserved.
BLOGGER TEMPLATE DESIGNED BY pipdig